AMEBIX – „Sonic Mass” (Easy Action Records)

Na fali mniej lub bardziej uzasadnionych powrotów, trzy lata temu powstał z grobu Amebix. Co by o tym wydarzeniu nie sądzić, wyczekiwane ono nie było; ten jakże znakomity i istotny zespół popadł na przełomie stuleci w kompletne zapomnienie, być może na skutek tego, że metal jak nigdy oddalił się wtedy od swoich punkowych korzeni, a kapele stojące okrakiem między tymi gatunkami pospadały w otchłań niełaski. Na szczęście dziś klimat dla międzygatunkowych mezaliansów jest trochę zdrowszy, w dużej mierze dzięki metalowym celebrytom skutecznie piorącym słuchaczom mózgi i gusta. Amebix może więc spokojnie otrzepać się z kurzu, zasiąść na VIP-owskiej kanapie dla klasyków i spróbować wymyśleć się na nowo. Może nawet, będąc klasykiem crust-punka i metalu, zagrać na nosie fanom jednego i drugiego.

Jeśli singlowy, poparty dość niefortunnym teledyskiem „Knights of the Black Sun” zasiał w was ziarno niepokoju o kierunek, w jakim podażą Amebix – ciekawe co powiecie po wysłuchaniu utworu otwierającego „Sonic Mass”… Słuchając delikatnego śpiewu Roba i pompatycznych klawiszowych plam pomyślałem, że oto Fields of the Nephilim nagrał kontynuację „Radio K.A.O.S.” największego męczybuły w historii rocka, Rogera Watersa…. Jeśli w twórczości Brytyjczyków najbardziej cenicie sobie pierwiastek metalowy, to nie ręczę za to, że te bardziej opancerzone, agresywniej zaśpiewane fragmenty, jak „God of the Grain” czy „Shield Wall” osłodzą wam kontakt z akustycznym „Sonic Mass pt. 1” i natrętnie przebojowym „Here Come the Wolf”. Upieram się jednak, że bez sensu jest wciskanie zespołu w ramy, w które on sam się nigdy nie pchał, a potem wysuwanie pretensji, że się w nich nie mieszczą…  Nie wspominając o tym, że od nagrania ostatniej płyty studyjnej – „Monolith” minęło czternaście lat, więc pewne rzeczy zwyczajnie musiały ulec zmianie. Na „Sonic Mass” Amebix jak nigdy wcześniej zbliża się do swojego ideału z lat młodości, czyli Killing Joke. Pamiętny apokaliptyczno-zwichnięty klimat lejący się z debiutanckiego „Arise!” okrzepł, ale przetrwał, choć w ugrzecznionej, okrzesanej formie. Duch Ponurego Siekierezady przemawia dziś dźwiękami zaczerpniętymi z wczesnego gotyku, nowej fali, post-rocka, a nawet współczesnego rockowo-metalowego grania, a Rob Miller brzmi już niemal jak golem Jaza Colemana. Czuć w tej muzyce szczerość i autentycznego ducha, nawet jeśli niektórym trudno będzie przełknąć Amebix w wydaniu patetyczno-wypucowanym…

..no właśnie. Niestety, „Sonic Mass” nie jest wolna od potknięć. W moim odczuciu nienajlepszym pomysłem było przerzucenie na pstrokatą głowę Roya Mayorgi zbyt dużej odpowiedzialności, od perkusji po produkcję. Nie jestem zwolennikiem wypolerowanego brzmienia, w każdym razie nie na poletku, jakie uprawia Amebix, chociaż rozumiem, że tak rozbudowany materiał nie powstałby raczej w (świętej pamięci) Warrior Studio. Chwilami brakuje jednak poczucia, że to gra zespół, a nie solista, który zatrudnił sidemanów do perfekcyjnego odwzorowania partii z partytury. Skoro już czepiam się biednego Roya – kolejny kamyk do ogródka za partie perkusji. Nie dość, że bębny przekrzykują się z innymi instrumentami, brzmią nienaturalnie (o czym już było), to  nader chętnie wpadają w niby-plemienne przytupy, które Mayorga przećwiczył w Soulfly i tak mu widać zostało… Do syndromu „St. Anger” na szczęście daleka droga, ale zespół o tak charakterystycznym brzmieniu nie musi go zaprzepaszczać na rzecz czegoś, co gołym uchem brzmi miałko i populistycznie.

Tak sobie narzekam i narzekam, a przecież „Sonic Mass” słucham od paru dni regularnie, ku uciesze („cieszę się Bartku twoim szczęściem”) narzeczonej i sąsiadów z góry. Podoba mi się ta płyta, i choć nie jest doskonała, to na poziomie emocjonalnym przemawia do mnie, a to jest ostatecznie najważniejsze. Najbliższy rok pokaże, ile faktycznie znaczył powrót Amebix dla muzyki i dla samego zespołu. Trzymam kciuki, by „Sonic Mass” dokumentował nowy początek silnego składu, a nie zagubienie Podróżnika w świecie Elojów i Morloków.

Bartosz Cieślak   4,5