AMBERIAN DAWN – Magic Forest (Napalm Records)

Jedno spojrzenie na okładkę i wiecie, że lekko nie będzie. Postać rusałki nieprzyjemnie uwiera violence’owy profil, gdzie panuje rześka ekstrema i modny minimalizm. Nie troszcząc się o higienę portalu, informuję, że w miękkości tiulowych sukien i blasku smoczych łusek też jest życie. Nie, nie. Jest go znacznie więcej niż w lenistwie aranżacji i emocjonalnej apatii, które królują na poważnych, lubianych przez Was wydawnictwach. Cholera, aż chce się żyć, gdy Amberian Dawn śpiewa „Ha-i-ja-i-ja-i-jaa-i-ja-i-ja-i-jaa, Zjedź po tęczy”.

Na wydanym w 2008 r. albumie „River of Tuoni” Amberian Dawn zaczynał od przesympatycznej power metalowej łupaniny z elementami gotyku w stylu Nightwish, ze ślicznym sopranem Heidi Parviainen. Na kolejnych trzech albumach zespół urozmaicił aranżacje, dopracował detale, dorabiając się jednych z najpiękniejszych piosenek w swoim gatunku. Wydawało się, że nie pozostaje mu nic innego, jak utrzymywać bezpieczny dystans do kolejnego zespołu z symfoniczno-metalowej czołówki. Trudno powiedzieć czy muzyczne zmiany, których jesteśmy tu świadkami, stanowiły efekt świadomych decyzji członków zespołu, czy też zostały wymuszone przez „samo życie”.

Na „Magic Forest” nie słyszymy miękkiej transformacji Amberian Dawn, lecz po prostu nowy zespół, który jednocześnie brzmi tak, jakbyśmy znali go od lat. W porównaniu do wydanego dwa lata temu mroźnego, operowego „Circus Black”, nowa muzyka brzmi nadal bardzo dynamicznie, ale przede wszystkim ciepło i pogodnie, kierując swoje pozytywne myśli w stronę hard-rocka. Z pewnością pozyskanie nowej wokalistki Paivi Virkkunen, której wszechstronne umiejętności pozwalają na wycieczki i w stronę ABBA, i diwowej Celine Dion (z nieco drażniącą wymową głoski „s”), sprawiło, że kompozytorzy uzyskali większą swobodę w kreowaniu różnych nastrojów, czy wręcz stylistyk, uciekając przed zamknięciem się w metalowej klatce. Za naturalne dla nowego oblicza Finów mamy teraz uznać podejście pod „Take On Me” A-ha („Warning”), klawiszowe akcenty Van Halen (powalający fragment po drugim refrenie w „Cherish My Memory”) i hard-rockowy porządek Phenomena (zwrotka „I’m Still Here”). Te miłe mym uszom wzorce to także werbel, który brzmi, a nie tylko odmierza metrum (a jakże – nowy perkusista) i instrumenty klawiszowe, które pomimo stosowania patentów z lat ’80 (a może właśnie dlatego), brzmią w tym klinicznym gatunku całkiem organicznie, tworząc przestrzeń dla doskonałych wokalnych pomysłów Paivi.Amberian band

Za sprawą większej przebojowości uzyskanej poprzez zdjęcie ciężaru z gitar i pozbycie się operowego make-up’u, muzyka Finów mogłaby dziś porywać eurowizyjne tłumy. To co jednak odróżnia ich od skandynawskich artystów prezentujących na tym festiwalu długie nogi i mocne głosy podparte metalowym zespołem z laptopa, to umieszczenie gdzieś daleko w takcie jednego mroczniejszego dźwięku, który wprowadza niepokój w sercach jury. Komfortowi eurowizyjnej publiczności nie służyłyby także drapieżne solówki w stylu Jeffa Loomisa i pojawiająca się miejscami aura deformowania rzeczywistości na wzór „Alicji w krainie czarów”. Zamykający płytę utwór „Green-Eyed” rozpoczyna się jak piosenka na zamówienie wytwórni Walta Disneya, lecz wyobraźnia muzyków i ekspresja śpiewaczki jodłującej niczym ICS Vortex kieruje melodię w rejony mało gościnne dla Śnieżki i jej siedmiu podejrzanych opiekunów.

„Magic Forest” to wielka niespodzianka, która dowodzi, że za każdym razem warto dawać szansę zespołom, które kiedyś uznaliśmy za niezdolne do reformacji. To dowód na to, że (czasami) warto się zmieniać i poszukiwać nowych sposobów ekspresji. Wyświechtane to hasła, ale dzięki umiejętnemu wcielaniu ich w życie sztuka nie będzie musiała udawać, że żyje.

Kuba Kolan

Pięć i pół