AMBER RUN – 5 AM (Sony Music)

Nienawidzę sformułowań typu “popularny zespół młodzieżowy”, bo od razu kojarzą mi się z debilnymi bojsbandami z łapanki, co mają dobrze wyglądać i trzymać ryj na kłódkę. A my przecież piszemy o poważnej muzyce, prawda? Niestety, wspomniane określenie pasuje do  Amber Run   jak w mordę strzelił. Są młodzi, mają na koncie parę ep-ek i jedną płytę, którą właśnie zdobywają popularność wśród niepoprawnych zwolenników szeroko pojętego indie rocka. W dodatku mieszkają na Wyspach, więc są nam, Polakom, bardzo bliscy. Dlaczegóżby zatem o nich nie napisać?

Niedawno na naszych łamach pojawiła się recenzja nowej płyty Muse, zespołu, który jest zarówno kochany jak i serdecznie nienawidzony. Czas zatem na młodszych adeptów brytyjskiego, alternatywnego rocka ze słodkim nadzieniem. Amber Run to młoda załoga, ale mająca już spore umiejętności, głównie w kreowaniu niezłego klimatu. Pisanie prostych piosenek to jednak sztuka a takową zespół opanował w stopniu co najmniej dobrym. Wprawdzie chłopaki mają jeszcze niejakie problemy w opanowaniu ilości zbyt ckliwych melodyjek (momentami aż się prosi, żeby choć ciut przybrudzić brzmienie…), jednak akurat w tym temacie ich wzorcem jest najbardziej megalomański z zespołów, o którym było już wyżej. Z drugiej strony, atutem Amber Run jest młodzieńcza świeżość (w wersji dla malkontentów – naiwność), która powoduje, że miejscami, zamiast wyrachowania górę bierze zwykła, jeszcze nie wykalkulowana radość grania. Amber band

Słychać to szczególnie w tych najbardziej udanych fragmentach płyty. Bezpretensjonalny indie „Spark” czy murowany przebój „Hurricane”, kuszący fajną, wyeksponowaną rytmiką i dobrymi wokalami to najlepsze bodaj przykłady. Talent zespół objawia na pewno w „Noah”, typowanym na konia pociągowego płyty. Cóż, nie przeczę, że melodia i instrumentalny aranż to doskonała robota, co ciekawe, beztroskiej, wciągającej muzyce towarzyszy niegłupi tekst. Mniej podobają mi się te spokojniejsze, lekko rozmemłane kawałki, gdzie robi się już ciut za słodko, na szczęście, zespół potrafi podtrzymać napięcie i pod koniec płyty serwuje równie ciekawe piosenki, wśród których wyróżnia się „Good Morning”, którym oddają hołd swoim kolejnym idolom, czyli U2. Na „5AM” co i rusz zderzają się elementy znane i ograne z próbami bardziej indywidualnego podejścia do muzyki. Od strony technicznej nie ma zastrzeżeń, a jeśli zespół odważniej rozwinie własne pomysły, druga płyta będzie triumfem brytyjskiego indie rocka w pełnej krasie. Dzisiaj słucham Amber Run jako dostarczyciela bezbolesnej, lekko alternatywnej (choć oczywiście odpowiednio skrojonej pod wymogi wytwórni), pop rockowej rozrywki na poziomie gwarantującym brak niestrawności. I czekam na kolejny ruch kwintetu, bo z takim potencjałem nie powinni się zmarnować.

Arek Lerch

Trzy i pół