ALUK TODOLO – Voix (The Ajna Offensive/NED)

Tu wszystko jest poplątane i nie na miejscu. Francuskie, instrumentalne trio Aluk Todolo nazwę wzięło z animistycznych wierzeń kultywowanych w górskiej części Indonezji. Czy można wyobrazić sobie lepszy tytuł? Chyba nie. Dodam też, że panowie nie grają muzyki popularnej. Nie grają piosenek ani metalu. Tylko occult rock. Cokolwiek to znaczy.

Po raz kolejny muszę pochylić się nad dziwacznymi genami francuskich grajków. Chwytają się metalu – wychodzi awangarda, tłuką hardcore, wychodzi drone – doom, a kiedy próbują grać rocka, wychodzi psychodeliczno – jazzowa improwizacja. Faktycznie, coś musi być w powietrzu, wodzie i narkotykach, że nic normalnego im się nie udaje. „Voix” z pewnością do tej grupy się zalicza. Bo jest zwyczajnie, tak prosto w twarz intrygujący. Trudno w tym wszystkim złowić główną ideę. Na pewno jest nią improwizacja, jednak nie ma nic wspólnego z przaśnym fusion czy klasycznie pojmowanym, jazzowym frazowaniem. Słowem, które pasuje tu najlepiej, mimo, że nie jest zbyt precyzyjne (a może właśnie dlatego…) jest „lot”. Bo odlatuje Aluk Todolo w kosmos, może niesiony jakimiś używkami a może tak im w duszy gra. Improwizacja, bardzo często oparta na transowym zapętlaniu fraz, polega na charakterystycznym „zawieszaniu” gitarowych plam na nerwowo pulsującej sekcji rytmicznej, to znowu odpływa w stronę czystej, mglistej psychodelii (szczególnie pod koniec płyty) z rzadka i jedynie dla zabawy przerywanej sporadycznymi wjazdami mocniejszego, przesterowanego riffu (umówmy się, metalu tu po prostu i na szczęście nie ma…). aluk-todolo_01-London(credits Rebecca Cleal)

Z pewnością umiejętności tych trzech instrumentalistów są bardzo duże, ale brak tu typowego wypuszczania się na solowe wycieczki i kwadratowej matematyki, raczej cała kompanija trzyma się razem, na równym poziomie ogarniając rozedrganą, muzyczną materię. Nie jest to muzyka przystępna, brakuje w tym wszystkim jakichś konkretnych, organizujących całość wątków. Trzeba powiedzieć sobie jasno – to jedna, długa, teoretycznie podzielona na kilka odsłon kompozycja, która skłania się w stronę transu, awangardy a nawet muzyki konkretnej. Taka odjazdowa suita (ech, musiałem tego słówka sobie użyć…) bez początku i końca. Rzecz niezwykle intrygująca, choć okultyzmu tu nie znalazłem, co najwyżej ducha Timothy Leary’ego…

Arek Lerch

Pięć