ALTARS – Paramnesia (Nuclear Winter Records)

W black metalowym światku utarło się, że wszelkie, świeże powiewy w tej już mocno zatęchłej niszy dochodzą znacząco zbyt często z kraju miłośników bagietek i żabich udek. O ile Francja stała się ostoją awangardy i oryginalnego podejścia do muzyki czarnej jak smoła, to w tym roku death metalowy tron objęły w posiadanie zespoły z antypodów. Jeszcze chwilę temu głowy spadały pod ciężarem obłąkanego monstrum jakie stworzył Ulcerate, ale mam takie wrażenie, że jeszcze większe, krwawe żniwo zebrać może równie dobry, debiutancki album Altars. Dlaczego? O tym w dalszej części tej recenzji…

Altars to debiutanci, ale takiego debiutu można im tylko pozazdrościć. Zespół ten sięgnął bowiem do samej istoty death metalu i stworzył album przesiąknięty esencją stylu niemal do cna. Jeżeli Ulcerate szuka w death metalowej formie miejsc innych niż wszyscy to Altars na pierwszy rzut ucha serwują nam materiał niemal idealnie klasyczny, dlatego też twierdzę, że „Paramnesia” może mieć siłę rażenia szerszą niż „Vermis”, ale dość porównań bo płyty te są w sumie tak różne jak to tylko możliwe dla dzieł czerpiących z tego samego poletka.

„Paramnesia” to kompendium tego co należy wiedzieć o death metalu, śmiem nawet twierdzić, że dziś, w 2013 roku Altars daje nam lepszy obraz gatunkowej perfekcji niż ostatnie wydawnictwa bogów gatunku z Immolation czy Morbid Angel na czele. Australijski ansambl bierze na celownik twórczość wspomnianych kapel i czyni to co czynić powinien, czyli buduje album, który jest niczym innym jak impresją na temat metalu śmierci, wolną, artystyczną kreacją perfekcyjnie skrojonej formy. Ok, do rzeczy. Wraz z otwierającym, monumentalnym „Mare”, Altars wkraczają do świata chaosu, który stworzył niegdyś Morbid Angel. Wiem, że można mieć zespołowi za złe to, że w swojej wizji muzyki opiera się na czytelnych wzorcach, ale mimo wszystko uważam, że jest to zaleta i suma summarum podejście Altars do death metalu jest jednak oryginalne. Weźmy choćby wspomniany już „Mare”, w połowie utworu zespół łamie ścianę ociężałych riffów i cholernie gęstej sekcji na rzecz połamanych atmosferycznych fraz, które noszą wiele ze znamion ocierającej się o rockową progresję improwizacji. Dzięki takiemu zabiegowi album nabiera jeszcze więcej mocy i dramaturgii stając się tym samym dialogiem pomiędzy klasyką gatunku a techniczno-progresywną awangardą. Właściwie cała płyta to ciągła walka klasyki i pomysłów zapętlonych, pełnych atmosfery i dziwnego, schizofrenicznego klimatu. O tym, że materiał brzmi perfekcyjnie wspominać już nie trzeba…

Altars dokonali trudnej sztuki. W skostniałej materii death metalu uczynili bowiem wyłom, który daje nadzieję, że gatunek ten jest cięgle żywy, że na klasycznej formie da się zbudować dzieło oryginalne i frapujące a to, że materiał ten brzmi bardzo klasycznie to tylko i wyłącznie zaleta. Debiut Altars to płyta, która powinna trafić na ołtarze, bez dwóch zdań.

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół