ALTAAR – Altaar (Indie Recordings)

Nielichą zagwozdkę mam z opisywaną tu płytą, więc z góry zaznaczam, że jeśli ktoś bierze sobie do serca punktację pod recenzją, proszę tu traktować ją mocno umownie. Debiutancki album Altaar to oczywiście rzecz co najmniej frapująca i godna zapoznania się, ale po kilkunastu przesłuchaniach ciągle trapi mnie pytanie, czy nie za wiele srok łapano tu za ogon.

 

Nieodzowna notka promocyjna mami opowieścią o muzyce łączącej klasyczny (?) doom metal w stylu Corrupted (hm…), Black Sabbath, Nortt (hmmmm…) z rockową psychodelią, których punktami odniesienia są Pink Floyd i znany psychodeliczny artysta Captain Beefheart. Lista pobożnych życzeń spisana czy to przez sam zespół, czy to przez wytwórnianych speców od PR, znów brzmi równie wiarygodnie co zapewnienia Tomasza Karolaka, że film miał być klawy, tylko jakoś tak samo wyszło… Koneksje personalne z Obliteration czy One Tail, One Head również nie będą tu właściwą wskazówką. Na moje ucho, dwa ponadkwadransowe kolosy składające się na „Altaar” to swego rodzaju przelot przez klimaty, które w ostatnich latach uchodzą za najbardziej artystycznie natchnioną i rozwojową gałąź szeroko pojętego metalu – tę otwierającą się na drone, noise, postmetal i pokrewne.

Chociaż pasjami tępię szkolne opisywanie płyty „kawałek po kawałku”, tu inaczej się nie da. Pierwszy numer startuje dźwiękowym snujem, który kojarzy się z ostatnimi albumami Earth, płynnie przechodząc w nastrojowe, ilustracyjne granie, w którym celują Echoes of Yul czy – a przynajmniej zwykł był – Boris. Drugi numer natomiast z floydowskiej plumkaniny („Echoes” się kłania?) uderza w postmetalowe hałasy. O dziwo, ta sklejka okazuje się całkiem przyswajalna i przemyślana, co nie znaczy, że równa. Rewelacyjny jest gęsty, soundtrackowy początek, pasuje mi noise’owe podsumowanie, niestety nie przekonuje mnie tendencyjne granie a’la Isis w drugim utworze, czyli im mniej piosenkowo, tym dla Altaar lepiej.

Pytanie brzmi, o co właściwie chodzi teeemu Altaaaaru? Ich debiut sprawia wrażenie szkicownika z pomysłami, które dopiero rozwiną się w utwory z prawdziwego zdarzenia. Słucha się tego nieźle, chwilami wyśmienicie, ale niedosyt pozostaje. Przy czym wynika on z niewykorzystanego potencjału a nie słabych, rozczarowujących dźwięków. Altaar jest składem, który swoje arcydzieło ma przed sobą, o ile nie posypie się gdzieś po drodze. Duże brawa należą się Indie Recordings, która dochody z mało ciekawych, gwiazdorskich kapelek wciąż inwestuje w tak znakomite, choć komercyjnie niepewne projekty jak ten.

Bartosz Cieślak

Cztery