ALPHA&OMEGA – No Rest, No Peace (Bridge 9 Records)

Kilka tygodni temu zdarzyło mi się zamówić pre-order winylowej wersji, jak dotąd słyszałem jeno dwa kawałki udostępnione w sieci przez Bridge 9 Records, które od samego początku wydały mi się fajne, uznałem jednak, że nie ma co zbytnio się ekscytować i na pewno lepiej chwilę poczekać na pełnowymiarowy zestaw, żeby bez przysłowiowego owijana w bawełnę wydać ostateczny werdykt. Tak się składa, że w dniu premiery, czyli AD 23/07/13, mogłem wreszcie przekonać się, jak tym razem poradzili sobie ze świeżutkim longplayem „No Rest, No Peace”, pochodzący z miasta aniołów – Alpha & Omega.

Od razu pomyślałem, że skoro już jest całkiem nieźle, a jak wszem i wobec wiadomo, zespoły nie podają na tacy tego, co najlepsze na pierwszy ogień, to dalej może być tylko lepiej albo po prostu zajebiście. Mam na myśli wspomniane dwa – znalezione, nie kradzione – w internetach numery, czyli otwierający „Sink” i następny w kolejności „No Rest, No Peace” a zaraz potem jeszcze osiem kawałków, jak na kilkudziesięciu centymetrach pizzy, z czego każdy wyróżnia się swoim specjalnym składnikiem. Jest dużo ultra szybkich gitar, zagranych pod dyktando podwójnej stopy, sporo chórów, zaśpiewów, darcia mordy rzecz jasna, wszystko obficie polane metalowym sosem chilli. Jest też kilka patentów powodujących chęć poobijania się o ludzi pod sceną; na koncertach ten materiał musi się sprawdzać wprost idealnie. Momentami buja jak tłusty, hip-hopowy bit, można zatem pofalować rękami na głową.

Nie jest to co prawda rzecz przełomowa, ale rzeczywiście daje mocnego kopniaka w zad. To, co tam znajdziemy, oscyluje w klimacie crossover – mamy wymieszany za pomocą robota kuchennego hardcore, thrash i groove metal: coś jakby Terror, Cro-Mags, Metallica i Lamb Of God w jednym przepisie na bardzo dobrą i spójną płytę. Jak przystało na charakterystyczną stylistykę, album nie przynudza ani swoim rozmiarem ani tym bardziej monotonią, pędzi za to z zawrotną prędkością przed siebie, można więc uwinąć się w pół godziny. Bardzo dobre pół godziny. Parę fragmentów szczególnie utkwiło mi pod czaszką, nuciłem je sobie potem pod nosem. Ktoś, kto kuma bazę, może spodziewać się porządnego lania z ich strony i zdecydowanie nie obudzi się z ręką w nocniku. Jakby to opisali czarnoskórzy mieszkańcy LA – niezłe gówno.

Sam Tromsa

Cztery i pół