ALL THEM WITCHES – Sleeping Through The War (New West Rec.)

Podczas rozmowy o nowym krążku All Them Witches, której zapis możecie przeczytać poniżej, kolega Adam zaproponował bardzo ładny termin – Nowa Fala Amerykańskiej Psychodelii, który to odnosi się do kapel takich jak The Black Angels, Fuzz, Jex Thoth czy All Them Witches właśnie. No więc jak ta główna armata owej sceny się sprawdza?

Paweł: All Them Witches zadebiutowali raptem pięć lat temu, a już zdążyli wydać 4 płyty. Co ważne – wszystkie na równym, wysokim poziomie. Odkryłem ich przy okazji „Lightning at the Door” – świetnej hybrydy bluesa, rocka psychodelicznego i doom rocka. Ich styl jakoś drastycznie się nie zmienił, na „Sleeping Through The War” znowu dostajemy przekrój wszystkiego co najlepsze z lat 60. i 70. Podoba mi się, że oni nie są w taki oczywisty sposób „retro”. Silnie zakorzeniony w przeszłości, ale jednak nowoczesny blues.

Adam: Mi ta muzyka kojarzy się z tą nową falą amerykańskiej psychodelii, której przedstawicielami są np. The Black Angels. Wyczuwam jakiś wspólny pierwiastek. I tak, masz rację, zauważając brak rażącej zmiany stylu. Nie ma rewolucji. Z tym większym zdziwieniem przyjąłem liczne głosy twierdzące, że All Them Witches się skończyło, że to już nie to samo i że „Bruce Lee” chociażby udowadnia, że odchodzą ku mocniejszemu graniu. Stwierdzam, że ciężko ludziom dogodzić.ATW

Paweł: O, The Black Angels to bardzo dobry trop, chociaż w muzyce All Them Witches jest troszkę mniej narkotyków. Z tą ciężkością bym nie przesadzał – przecież i na poprzednich krążkach mają mocniejsze momenty. Poza tym, jak dla mnie mogą zacząć nawet heavy metal grać, byle robili to z taką gracją jak do tej pory. A co do dogadzania – słyszałem sporo narzekań na wokal. McLeod rzeczywiście ma specyficzną barwę, ale prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że komuś może ona przeszkadzać. To nie Mustaine.

Adam: Dokładnie – po pierwsze, na „Sleeping Through The War” znalazło się miejsce tylko na jeden taki, w całości mocniejszy, utwór. Po drugie, nie jest on przecież nie wiadomo jakim odstępstwem od średniej; nie zaczęli nagle łupać śmierć metalu. I ostatnia rzecz – takie wycieczki zdarzały się zespołowi wcześniej. Dlatego właśnie, jak mówię, bardzo mnie takie narzekania dziwią. Chyba po prostu wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Źle stać w miejscu i źle próbować nowego (choć tutaj tak naprawdę nie ma tych prób zbyt wiele…). Coraz częściej wydaje mi się, że wszyscy brodaci maniacy popadają w swego rodzaju szaleństwo, przytłaczani ilością nowej muzyki, jej nieodkrywczością i narzekaniami ludzi spoza sceny na tę „kalkowość” kolejnych zespołów. Promują nieraz rzeczy zupełnie przeciętne, a na siłę szukają problemów przy bardzo dobrych płytach, takich, jak ta. Co do wokalu, mnie się on podoba. Zastanawiając się wcześniej nad tą rzekomą ewolucją ATW, pomyślałem, że i tak za daleko się nie zapędzą, zbyt charakterystyczny jest ten wokal i jakby stworzony do określonej stylistyki.

Paweł: Ja nie ukrywam, że ostatnimi czasy coraz rzadziej sięgam po muzykę otagowaną jako stoner czy retro rock. Łatwo coś takiego wymyślić i zagrać – umówmy się, granie pod Electric Wizard czy Sleep nie wymaga specjalnych umiejętności, ale potrzeba pomysłowości. Tej 90% młodych kapel brakuje. Tym bardziej cieszą mnie płyty takie jak ta. Tylko mam problem z tym stonerem w kontekście „Sleeping Through The War”. Chyba bardziej mi się podoba to określenie, które zaproponowałeś powyżej – Nowa Fala Amerykańskiej Psychodelii. Pasowałby mi tam też Fuzz, Jex Thoth, The Heavy Eyes… No, Ty Segall też, ale to już bardziej garażowe granie, podobnie jak Thee Oh Sees.

Adam: Jasne, z tym, że wspomniana scena ma też skłonność do zasysania zespołów z bliższych lub dalszych gatunkowo okolic. Patrzę na to w taki sposób. Czysto muzycznie bowiem niewiele ma All Them Witches wspólnego ze stonerem. To taka psychodelia nieprzekombinowana, dość piosenkowa, choć potrafi się też zamyślić. Są nieco rozkrzyczane, sfuzzowane momenty, które mocno kojarzą się z Fu Manchu, ale to tylko momenty. Łatka „stoner” byłaby, moim zdaniem, pewnym uwłaczaniem ATW. A czy jest na tej płycie coś, co szczególnie Cię urzekło?

Paweł: Kurde, całkiem sporo rzeczy. Po kolei. Sielankowy początek „Bulls”, wpadające w ucho „Don’t Bring Me Cofee”, no i w zasadzie cała druga część płyty – pięknie bujające „Am I Going Up” i bluesowe „Cowboy Kirk” oraz „Internet” – podoba mi się nastrój tego ostatniego kawałka. Dziki zachód pełną gębą. Skojarzył mi się ten numer z „Psychic Warfare” Clutch, gdzie ostatni utwór również ma taki, hmm… bardzo amerykański sznyt.

Adam: Mnie podoba się to, że, przy całej swojej spójności, jest to album dość zróżnicowany- nie jakoś wybitnie, ale w stopniu co najmniej zadowalającym. Najbardziej podobają mi się chyba „3-5-7” i wspomniane przez Ciebie „Am I Going Up”. Zgadzam się, że utwór zamykający całość ma bardzo fajny klimat. Może jedynie ten nieszczęsny „Bruce Lee” nieco mniej przypadł mi do gustu. Rzeczywiście, trochę do nich nie pasuje…

Paweł: Generalnie bardziej przypadły mi do gustu te wolniejsze, bardziej transowe momenty – fajnie, gdyby w takim kierunku poszli. „Bulls” mnie rozwaliło od pierwszego usłyszenia. Cóż, szkoda, że są ze Stanów i że nie planują odwiedzić w lato Europy (chyba, że dopiero coś ogłoszą), bo na Red Smoke’a jak znalazł.

Adam: Też mi to przeszło przez myśl – idealnie sprawdziliby się w roli headlinera ostatniego dnia. Cóż, jeżeli nie w tym roku, to może w przyszłym? Tak, te transowe momenty są zdecydowanie wielkim atutem. Udaje im się przy tym uniknąć niepotrzebnego rozwleczenia. Kojarzy mi się to z takim rozedrganym powietrzem wiszącym nad rozgrzanym piaskiem pustyni, tyle, że właśnie bez tego chrzęszczącego w zębach żwiru i popiołu. W każdym razie – słychać, że są ze Stanów. Na pewno tym albumem tylko umacniają miejsce na tej scenie, której istnienie przed chwilą chyba jako pierwsi ogłosiliśmy.ATW1

Paweł: A jak ci się „Sleeping Through The War” podoba na tle innych tegorocznych premier z podobnych klimatów?

Adam: Masz na myśli jakieś konkretne wydawnictwa? W tej chwili na myśl przychodzą mi tylko Spaceslug (trochę bardziej „te” klimaty) i Dopelord (to już typ bardzo naciągany). Obie dobre z porywami. Jak widzisz, podobnie jak Ty, szukam wrażeń raczej na innych obszarach. Jeśli już, to patriotycznie (ostatnio to modne chyba). Ach, był jeszcze wspomniany Ty Segall. Też szału nie zrobił.

Paweł: Jest jeszcze najnowszy King Gizzard, hiszpańska Aathma i zapewne wiele, wiele innych, których niestety, nie dane mi było słyszeć. Zadałem to pytanie z nadzieją, że zarzucisz czymś nowym (śmiech). Następnym razem chyba pogadamy o czymś innym. Ileż można ciągle o tym stonerze i psychodelii.

Adam: O King Gizzard całkowicie zapomniałem! Muszę w końcu obadać. Wiesz, jakby nie patrzeć, mamy dopiero marzec. Nie wydaje mi się, by ominęło nas wiele ciekawego. I tak, zapewne przydałoby się lekkie odświeżenie tematyki. Choć powroty w znane rejony są, oczywiście, zawsze przyjemne. Myślę jednak, że płyt, które są takiego powrotu warte, nie ukaże się w tym roku więcej, niż kilka. Nie wiem nawet, czy chciałbym, żeby przeczucie mnie myliło… Przypomniałem sobie jeszcze o nowym Mothership – niestety, jest to rzecz godna jedynie szybkiego zapomnienia.

Chwalili i narzekali Paweł Drabarek i Adam Gościniak