ALICE  IN CHAINS – The Devil Put Dinosaurs Here (Capitol/Universal)

Kolejny zespół, o którym można pisać, albo i nie, co niczego nie zmieni w wykutym w skale monolicie z lat 90 – tych. Album „Dirt” (1992) wszedł do annałów muzycznej historii i chyba każdy, kto gdzieś tam o rocka się otarł, musiał usłyszeć „Would” czy „Them Bones”. W kontekście śmierci ikony, jaką był niewątpliwie wokalista Lanye Staley, trudno oceniać późniejsze działania zespołu. Jedno jest pewne – nie dziwię się, że wrócili z nowym krzykaczem. Skoro nawet Queen czy The Doors popełnili takie dziwactwo, czemu nie ikony rewolucji z Seattle? Nowy album, drugi z Williamem DuVall’em za mikrofonem, udowadnia, że grunge wcale nie umarł.

Alice zawsze reprezentowali mocniejszą odmianę flanelowej rewolucji, stojąc w dużym rozkroku między brudnym, klasycznym brzmieniem grunge a bardziej metalowymi dźwiękami. Oryginalności dodawał im bezsprzecznie zbolały i jakże charakterystyczny głos Staley’a i równie płaczliwe riffy. Na tym zbudowali potęgę i z tym wracają do nas dzisiaj. I w tym miejscu, jako, że zazwyczaj gdzieś mam opinie innych, narażę się wszystkim, którzy gdzieś tam piszą, że DuVall wcale nie naśladuje swojego poprzednika. Bzdury kompletne, bo oczywiście, z pełnym przekonaniem twierdzę, że naśladuje jak cholera. Po co komu Alice In Chains brzmiący jak nie – Alice?

O ile na „Black Gives Way To Blue” zespół próbował jakoś znaleźć się w nowej sytuacji a i sam DuVall szukał dla siebie miejsca, czego efektem był album bliższy rockowego środka, o tyle na najnowszej płycie grupa mówi „to my, seattle’owskiej ziemi sól i co nam zrobicie”. Paradoksalnie, to gitarzysta Jerry Cantrell częściej sięga po patenty spoza działeczki, czego przykładem jest „Low Ceiling”, wybitnie nie – elisowa kompozycja, może dlatego tak intrygująca… To jednak tylko mały wyjątek, bo w przeważającej części zespół stara się udowodnić, że nie stracił swojej smuty. W „Hollow”, „Lab Monkey” czy „Pretty Done” to tradycyjny Alice In Chains, z dołującym i wciągającym riffem, z ponuro zawodzącym DuVallem, bardzo osadzony, klasyczny po prostu. Pomostem, łączącym „The Devil Put…” z poprzedniczką jest zapewne “Hang On A Hook” i południowo brzmiący “Scalpel”. Klasą samą w sobie jest rozbudowany, kunsztowny, siedmiominutowy „Phantom Limb”. Zapewne jednak płyta zapamiętana zostanie z innego powodu, a zwie się on „Voices”. Murowany hit z refrenem, od którego uwolnić się nie da, nie mam co do tego wątpliwości.

Uważam, że dopiero na tej płycie AIC doszedł do siebie, złapał równowagę i zrozumiał, że nie ma co kombinować i udawać kogoś, kim się nie jest. Szczerość w naszym klubie to podstawa, zdają się mówić muzycy, grając tak świeżo i z zapamiętaniem, że aż strach. To nie jest płyta, która ma coś tam odkrywać, ale też byłbym niesprawiedliwy, oskarżając zespół o odcinanie kuponów od dawnej popularności. Ok., co najwyżej, chcą zarobić trochę grosza. Słuchając muzyki z „The Devil Put Dinosaurs Here”, wiem, że na owo grosiwo solidnie zapracowali.

Arek Lerch

Cztery i pół