ALEHAMMER – Barmageddon (Selfmadegod)

Stare dziady nie odpuszczają. Zęby wypadły, wątroby zgniły, umysł już nie ten co dwie dekady wcześniej, ale ręce wciąż rwą się do strun, mikrofonów i bębnów. Tak można skwitować nowe dzieło weteranów sceny punkowej/crust i grind. Chicagowski Alehammer dał światu sześć nowych nagrań, które wiosny nie czynią, ale maniakom crusta i d – beatu dadzą zapewne kilka minut przyjemności.

W składzie zespołu hałasują członkowie Prophecy of Doom, Doom, Extinction of Mankind i to wiele wyjaśnia a dla części osób układ personalny ociera się zapewne o sensację. Uliczna zawziętość tych gości i nieprzejednana postawa nie została stępiona przez czas, ani też rzeczony dziadek z siwą brodą nie przyczynił się do ich nawrócenia na choćby odrobinę nowocześniejsze dźwięki. „Barmageddon” to propozycja dla prawdziwych punków, którzy wstają przy dźwiękach Wolfbrigade a kładą się słuchając Tragedy. Tylko tyle i aż tyle.

Trudno w tym momencie pisać o tym, że to w jakikolwiek sposób oryginalna płyta. W zasadzie jej największym atutem jest pieczołowita dbałość o zachowanie kanonów gatunkowych oraz wierność ideałom i to bardzo różnym – zresztą sami muzykanci nazywają swoją muzykę crust beer, co wiele mówi o ich podejściu. Autoironia zawsze w cenie. Wracamy do meritum. Surowe, zgrzytliwe riffy, mające w sobie wściekłość starego crust’a, mielący bas i klasycznie rozpędzone bębny. Nie ma tu zbyt wielu udziwnień, aranżacyjnych zakrętów, zespół stawia raczej na wyciskanie ze swojej muzyki maksymalnej ilości wkurwienia (także za sprawą całkiem klarownego brzmienia…), prując do przodu niczym oszalały bullterier. Lepiej schodzić mu z drogi. Po przesłuchaniu płytki doszedłem do wniosku – być może to wina mojego, dzisiejszego status quo – że długość tego krążka (okolice kwadransa) to idealny czas, by nie poczuć znużenia i jednocześnie faktycznie cieszyć się podniesionym poziomem adrenaliny i siniakami na ryju.

Jest to także pozycja dla wszystkich kronikarzy sceny hc/punk i okolic, badających w jaki sposób zmieniają się i ewoluują te gatunki hałasu. To co kiedyś było crustem, dzisiaj nazywa się d-beat a całkiem niedawno bratało się z death metalem tworząc hybrydę death’n’roll. Alehammer nie ma szans by konkurować w tym temacie z Disfear czy Doomriders, bo to jednak zespoły, które potrafią do zgranej puli dźwięków dokładać coś nowego, zachowując świeżość, jednak w małej dawce potrafi przekazać wartość nadrzędną, czyli porządnego, bolesnego kopa w krocze. Szczególnie w wersji live…

Arek Lerch

Trzy i pół