ALABAMA SHAKES – Sound&Color (Rough Trade/Sonic)

O tym, że ludzkość powoli, ale nieubłaganie dochodzi do ściany, mówi się i pisze od lat wielu. Kolejni znawcy tematu, dziennikarze i artyści wieszczą koniec – i tu możecie sobie wstawić, co chcecie – zaś inni usilnie starają się wskrzesić muzyczne trupy, dlatego z każdej strony jesteśmy codziennie bombardowani muzyką będącą niczym innym jak tylko nostalgicznym lotem w przeszłość. Problem w tym, że aby nie zostać uznanym za nudziarza i zakompleksionego miłośnika staroci, trzeba mieć coś coś w zanadrzu, coś takiego, co nie pozwoli by na naszej twarzy pojawiał się pełen politowania uśmieszek. Podczas lektury „Sound&Color” Alabama Shakes takowy wpełzał mi na twarz tylko w kilku dosłownie momentach.

Alabama Shakes przebojem wdarli się na muzyczne salony, nagrywając album „Boys&Girls”, dlatego nowa płyta może budzić tu i ówdzie lekkie kontrowersje. Bo nie ma już tej urzekającej czupurności, pozostał za to duch staroci i coś co od biedy można nazwać dojrzałością. Oczywiście, podstawowe elementy, wyznaczające styl grupy są tu obecne w każdej sekundzie – jednak zespół postanowił zaszaleć i zwyczajnie je przerysować, czyniąc z tego atut swojej drugiej płyty. Bo brzmienie i studyjne eksperymenty są tu chyba dużo ważniejsze od samej, merytorycznej zabawy. Powiedzmy też sobie  uczciwie – same  kompozycje, bardzo często nie odstają od klasyki  rocka i bluesa z lat 60- tych i 70-tych. Bo usłyszymy tu i  frywolność Prince’a, folkowy klimat Creedence Clearwater Revival, ale i błyskający funk z lat 70-tych. Znaleźć można narkotyczne opary i szaloną zabawę. W zasadzie retro wycieczka jest dość swawolną jazdą rozdygotanym dyliżansem od migającej dyskoteki, przez woodstockowy kurz, po zadymione kluby, gdzie kokaina i hasz są tańsze niż piwo. I tu taka mała, choć śmieszna dygresja. Niemal przez cały czas trwania płyty, musiałem odpędzać się od natrętnej wizji dzwonów, afro i upstrzonych papuzimi piórami kamizelek. Tak działa ta muzyka. Czy to źle? Chyba raczej zamierzony efekt. Pewnym kuriozum w tym kontekście pozostaje dość  skromna, by nie powiedzieć prostacka okładka. Ale może właśnie o taki efekt chodziło? Mnogość kolorów, ukrywających się pod czarną kopertą zaskakuje. Od początku słuchamy świetnie nagranej, zadbanej muzyki, która – w to nie wątpię, nagrywana była na instrumentach pamiętających jeszcze szaleńcze popisy Janis Joplin. Przywołuję panią Żoplę nie bez powodu, bo w kilku miejscach odniosłem wrażenie, jakby Alabama Shakes zapraszali nas na seans spirytystyczny, gdzie wokół okrągłego stołu (bez skojarzeń!) tańczą duchy.New Shakes Shot

A taniec jest iście przedni, bo muzyka AS buja aż miło. Dostajemy chyba wszystko, o czym można pomyśleć – oszczędny funk w „Don’t Wanna Fight”, jest sporo akustycznego brzdąkania („This Feeling”), pojawia się soulowa pulsacja a jakby na przekór wszystkiemu, nagle potrafią przywalić niemal topornym punkiem w „The Greatest”. W wielu miejscach słychać fascynację psychodelią (chociażby „Gemini”), a na każdym kroku natykamy się na brzmieniowe eksperymenty, znane z płyt wykonawców z „epoki„. Charakterystyczne jest przenikanie się stereofonicznej miękkości z niemal monofonicznymi próbami ekspozycji warstwy rytmicznej. Zespół przeskakuje z półeczki na półeczkę, z gracją sięga po różne instrumenty, bawi się konwencjami, choć potrafi się też uspokoić i balladowo wyciszyć.

A na koniec doszedłem do wniosku, że AS to nic innego jak amerykańska odpowiedź na szwedów z GOAT. Podobnie kolorowa, czerpiąca z tych samych źródeł, choć trzeba uczciwie przyznać, że w tym temacie zimni Szwedzi, będąc od tych właśnie korzeni bardziej oddaleni, zrobili większy jarmark. „Sound&Color” to porcja rasowej, dopracowanej muzyki, która zadaje kłam twierdzeniu, że retro m0da jest nudna i świadczy o braku pomysłów. Na to Alabama Shakes narzekać na pewno nie mogą.

Arek Lerch

Cztery i pół