AKERCOCKE – Renaissance in Extremis (Peaceville)

Pamiętam, jak jakiś czas temu natrafiłem na ogłoszenie sprzedaży gitary Parker Fly. Właściciel – Jason Mendonca. „To faktycznie  definitywny koniec Akercocke” – pomyślałem. I tyle. Po zakończeniu eksperymentu zdjąłem fartuch, wytarłem z gogli resztki bromu i wróciłem do słuchania „normalnych” metalowych zespołów, których wokaliści potrafią śpiewać i nie przebierają się na scenie w garnitury. A gdyby nagle naszła mnie jakaś słabość do przeszłości, miałem pod ręką świetny Voices wyrosły na zgliszczach „Cockersów”. Więc na co mi ta reaktywacja?

Ano na to, żeby nie tyle przypomnieć sobie jakim zacnym zespołem był Akercocke, ile usłyszeć, jak rewelacyjnym zespołem Akercocke jest dzisiaj. Po dziesięciu latach milczenia Brytyjczycy wracają do gry tak, jakby nigdy z niej nie wypadli; jeszcze lepiej zorganizowani, jeszcze bardziej głodni wyniku. „Renaissance in Extremis” to nie klasyczna reaktywacja, a tytułowy renesans. Po pierwszym przesłuchaniu krążka w uszy rzuca się jego mniejsza drapieżność w porównaniu do takiego „Words That Go Unspoken, Deeds That Go Undone”, nie wspominając o bluźnierczym „The Goat of Mendes”. Świetnym posunięciem było częściowe pozbycie się tej nieco topornej i jakby wymuszonej agresji na rzecz zwiększenia ilości i długości fragmentów mniej gwałtownych. Mendonca przysiadł nad gitarą i to słychać. Otwierający płytę, przeciętny na początku „Disappear” gdzieś w połowie drogi, zaczyna prowadzić nas w kierunku wręcz rockowych zakamarków Voivod i Coroner i takiego pysznego grania na płycie jest znacznie więcej. Świetne są nie tylko poszczególne riffy – do tego przyzwyczaił nas przecież Akercocke na poprzednich albumach. Absolutnie porywające jest ich połączenie w długie, długie ciągi, tak jakby te utwory nigdy nie miały się skończyć, a my mielibyśmy pozostać na zawsze uwięzieni w tym antypiosenkowym szaleństwie. Poprzez taki zabieg, bazujący na dużej różnorodności motywów, zespół ucieleśnia to czym powinna być progresywność w muzyce – drogą i wielką przygodą, w której nikt nie jest w stanie przewidzieć jaki będzie kolejny krok artysty. Podoba mi się, że w przeciwieństwie do homogenicznych tworów typu Necrophagist (którego echa też można tu usłyszeć, Akercocke to twardziele), w tym biegu z nagrodami dogadza się nam z każdej możliwej strony, żeby przykuć naszą uwagę i budować czujność. Jesteśmy więc obłaskawiani hurtowymi ilościami solówek, które nie przystają przecież do antychrześcijańskiej hordy. Gdy już wybrzmią ostatnie dźwięki w stylu Virus czy <code>, możemy spokojnie odetchnąć przy bardziej prostolinijnym black metalu. Najciekawsze na płycie są jednak jej delikatniejsze fragmenty, gdzie pełen melancholii i względnych subtelności klimat, wykuwany jest w twórczym bólu. Mendonca jak zwykle wybrał walkę zamiast pokoju i znowu mierzy się ze swoimi wokalnymi niedoskonałościami. Chowając się za wibratem, spryciarz próbuje raz dołem, raz górą, czego efektem jest momentami komiczny triumwirat Csihar-Marcolin-Ferry. Mendonca-płaczek jest w tym co robi jednak na tyle autentyczny i na swój sposób elegancki, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Co więcej, właśnie to zawodzenie odpowiedzialne jest za stworzenie na albumie unikalnej aury tajemniczości i cierpienia.Band

Akercocke jawi mi się nadal jako twór tak samo pochrzaniony i dziwny, ale jakby bardziej “muzyczny”, przyswajalny, dopasowany do moich obecnych zdolności odbiorczych. A może to tylko autosugestia spowodowana efektem nowości? Niestety, nie jestem w stanie bezboleśnie i odwracalnie wyłączyć tego urządzenia wieńczącego człowieka. Wydaje mi się, że wiem dzisiaj tyle: bez znaczącej zmiany stylistyki, ze słyszalnym skokiem jakościowym, “Renaissance in Extremis” staje się moją ulubioną płytą Akercocke, a sam zespół dużym graczem na mojej małej, domowej scenie.

Kuba Kolan

Pięć i pół