AGNOSTIC FRONT – The American Dream Died (Nuclear Blast)

Kto narzekał na bardziej metalową stronę Agnostic Front, ten może ze spokojem sięgnąć po „The Amerian Dream Died”. Nowojorska legenda muzyki hardcore/punk powraca do stylu znanym ze swoich najlepszych płyt. Redukuje czas trwania utworów, stawia na impet i prostotę, ale nie rezygnuje z gorzkich słów w tekstach. Można rzec – w końcu, i dlaczego tak późno?

Nie należę do przeciwników quasi-thrashowego oblicza Agnostic Front. Ba! Sądzę, że wyjście poza oklepany schemat przyniosło więcej dobrego niż złego, ale nawet najlepsi w swoim fachu czasem się gubią. Tak stało się z jednym z najbardziej wpływowych zespołów na scenie, który zmienił swoje oblicze, moim zdaniem, z racji na nacisk nomen omen metalowego labelu, pod skrzydłami którego się znaleźli. Po kilku latach opieki ze strony Nuclear Blast, panowie kierują się w zupełnie przeciwną stronę, przypominając sobie o pierwotnej sile, żeby daleko nie szukać, przełomowego dla całej sceny, wydanego 21 lat temu „Victim in Pain”.

Nie bez kozery wspominam o tym albumie. Odsłuch „The American Dream Died” dostarcza podobnych wrażeń, wkurwu na rząd, na to, co dzieje się w najbiedniejszych częściach kraju, który stara się przewodzić reszcie świata i próby rozliczenia z wszystkimi, którzy przeszkadzają realizować własne marzenia. Tłamszenie jednostki nie jest żadnym novum w tekstach, ale kiedy bierze się na przysłowiową tapetę mit Amerykańskiego snu, który mniej lub bardziej w czasach globalizacji inkorporuje się na gruncie innych państw, nie sposób nie zgodzić się z zajmowanym przez zespół stanowiskiem. Za słowami idzie muzyka, a ta, choć nie należy oczywiście do najbardziej skomplikowanych (nie o to przecież chodzi), paradoksalnie niesie ze sobą spory ładunek szczęścia uwalnianego na koncertach. Cały premierowy materiał Agnostic Front spokojnie zmieściłby się w koncertowej setliście. Raptem niecałe pół godziny stanowiące zawartość „The American Dream Died” nie odstaje od back catalogue grupy, a miejscami nawet przebija niektóre poprzednie dokonania („Never Walk Alone”).Agnostic Band

Niestety, muszę do tej słodkiej mieszanki dołożyć łyżkę dziegciu. Po pierwsze: Roger Miret z wiekiem nie domaga. Słychać to zarówno na koncertach jak i w studio. Utrzymanie tak charakterystycznej maniery, zwłaszcza kiedy ma się pięć dych na karku to niemałe wyzwanie i nie mam liderowi Agnostic Front tego za złe. Wolałbym by spróbował pokrzyczeć inaczej, albo dać popisać się wokalami reszcie kapeli niż… no właśnie – co? Druga sprawa: młodszy brat Mireta, aka Freddie Madball to nie najlepszy wybór producenta albumu. Z czasem dochodzę do wniosku, iż im bardziej ludzie tworzący scenę chcą być ze sobą blisko, tym mocniej sobie szkodzą, zabijając indywidualność i trzeźwe spojrzenie poza wspólny krąg. Co więcej, nie wierzę, że label o statusie quasi-majorsa jakim jest Nuclear Blast, nie sypnął hajsem na producenta z prawdziwego zdarzenia. Skoro Madball nagrywa z Ericiem Rutanem, czemu Agnostic Front nie miałoby sięgnąć po… np. Zeusa? Na to pytanie niech odpowiedzą sobie sami muzycy.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery