AGNOSTIC FRONT – My Life My Way (Nuclear Blast)

Historia tego zespołu to ulice Nowego Jorku  i jedna z bardziej kolorowych kart dokumentujących narodziny i ewolucję muzyki hard core. Mamy tu i przemoc i dumę, wiarę we własne możliwości, są i narkotyki, pobyty w więzieniu, kończenie działalności i reaktywacje. Jest punk, klasyczny, nowojorski hardcore i metal. Można nie lubić tego zespołu, nie sposób jednak przejść obok ich dokonań i dziejów obojętnie. Słuchając najnowszej produkcji, będącej zespołowym „back to the roots” (tak deklarują muzycy…), aż chce się zakrzyknąć: „hardcore, głupcze!”…

Różne były koleje losu formacji dowodzonej przez charyzmatycznego Rogera Mireta  a i muzyka nie zawsze najwyższe pułapy osiągała. Osobiście nie byłem fanem wczesnego oblicza formacji i jakoś nie pamiętam, żeby któryś album zrobił na mnie wrażenie. Za to zawsze doceniałem niezwykłe przywiązanie do hard core’owego etosu, charakter i wytrwałość muzyków. Najnowsze dzieło, to w stosunku do poprzednich krążków, szczególnie zmetalizowanego „Warriors” (który akurat bardzo mi się podobał…) faktyczny krok wstecz, ku bardziej klasycznym, punkowym klimatom. Jest to także chyba najbardziej wpadająca w ucho płyta Agnostyków. Praktycznie każdy kawałek kipi od melodyjnych sing – along’ów, momentami nieco patetycznych, gdzieś tam sięgających nawet tradycji Misfits („Now And Forever”). Roger śpiewa zdecydowanie lepiej niż przed laty a miejscami popisuje się niezłym rzemiosłem, jak w utworze tytułowym, najbardziej przebojowej kompozycji na płycie. Punkowa motoryka i takież kompozycje w dużej mierze wyparły czystej wody, metalowe riffowanie, które, owszem, jest obecne (thrash’owy „Self Pride”) ale jako dodatek a nie danie główne. Większość kawałków to bardzo dobrze zagrane, punkowo – hard core’owe łojenie, od czasu do czasu z wyróżniającymi się miażdżącymi zwolnieniami, jak chociażby w „The Sacrifice”. Jest hiszpański akcent („A Mi Mauera”) i nawiązanie do bardzo zamierzchłej przeszłości w „That’s Life”, gdzie szybka partia jako żywo przypomina klasyczne nagrania z „Cause For Alarm”.

Osobistymi faworytami zostały takie hity jak „Until The Day I Die”, który nucę już drugi dzień i ciężarny najlepszym chyba riffem na płycie „You Worst Enemy”. To prawdopodobnie pierwsza płyta Agnostyków (no, może poza wspomnianym już „Warriors”…), która tak bardzo mi się spodobała. Agnostic Front nie zaskakuje, ale utwierdza w przekonaniu, że nowojorskie granie nadal ma się dobrze.

Za solidne brzmienie odpowiada długowłosy Erik Rutan, zaś jedynym elementem, który mnie denerwuje jest głupawa okładka płyty. Mogli trochę bardziej się postarać…

Arek Lerch 4