AGGRESSOR – Death Follows Me

Czy w 2013 roku stary death metal ma jeszcze jakikolwiek sens? Czy granie muzyki, która dawno temu przestała być oryginalna a dzisiaj jest już – nomen omen – martwa może kogoś poruszyć? Zapewne na te pytania są różne odpowiedzi, jednak opisywany tu twór odpowie z przekonaniem – można a nawet trzeba grać! Trzecia płyta reaktywowanego gdzieś w 2004 roku zespołu potwierdza wszystkie zalety i wady takiego łojenia.

Problem z takimi zespołami – z całym dla nich szacunkiem – jest jeden – fajnie się gada o dawnych czasach, natomiast nie oczekuje się żadnego zaskoczenia ze strony muzycznej. Aggressor powstał pod koniec lat 80 – tych, dlatego zapewne wiele osób zwróci na nich uwagę, jako na przedstawicieli wymierającej kasty muzyków, którzy w owej mitycznej dla co poniektórych dekadzie stawiali na scenach pierwsze kroki. Trzy wydane w tamtym okresie kasetowe dema stałyby się zapewne dzisiaj co najmniej tak popularne jak rechy Nihilist czy „Morbid Reich” wiadomo Kogo, gdyby chłopaki zdecydowali się je zremasterować i ponownie wydać. Okazuje się jednak, że zamiast bawić się w retro – sentymenty, zespół prze do przodu, nagrywając kolejne płyty, z których najnowsza ukazała się zaledwie kilka miesięcy temu.

No i z czym mamy do czynienia? Z muzyką, która sama w sobie całkiem atrakcyjna dla fana metalu, nie przynosi specjalnie nowych pomysłów. Zespół – moim zdaniem – skupia się na dopracowaniu formuły, kultywowaniu typowo oldskulowych ścieżek, jakimi podążał metal. Można powiedzieć, że działa dość zachowawczo, jednak są dwa aspekty, które powodują, że warto spojrzeć na ich muzykę przychylnym okiem (a raczej uchem, choć ucho przecież nie patrzy…). Po pierwsze – jeśli zapoznać się z historią grupy, można faktycznie uwierzyć, że to co robią nie wynika z premedytacji, jakiegoś obmyślonego planu, mającego przynieść im sukces. Konstatuję, że Aggressor, to po prostu banda gości beznadziejnie zakochanych w starym death metalu, który mają we krwi i robią to nie z chęci zysku, ale zwyczajnej, niczym nie warunkowanej potrzeby. Po drugie – paradoksalnie – swoim łojeniem łapią się na współczesną retro – filię, gloryfikującą wszystko co stare, zatęchłe i niemodne.

Być może trochę krzywdzę zespół, bo jeśli zapomnieć o kontekście, dostajemy w łapy bardzo sprawną, solidną i dopracowaną dawkę klasycznego, death metalowego łomotu. Grupa skupia się na operowaniu wyrazistym riffem, czasami nieco przyspiesza i kombinuje z aranżami. Zespół – co cieszy – nie pakuje na płytę nie wiadomo ilu kawałków, dlatego materiał jest strawny nawet w jednej dawce. Miło, że chłopaki próbują też nieco przewietrzyć swój styl, czego przykładem może być chociażby wolna część „The Mystery of the Universe”, w której pobrzmiewają echa industrialne. Poza tym – doświadczenie. To coś, co bardziej sobie cenię niż nawet najbardziej fantastyczne umiejętności. W każdym dźwięku słychać, że grupa gra dokładnie to, co chce i nie ma tu nawet sekundy silenia się na nie wiadomo jakie popisy. Wyłania się z tego obraz solidnej, straroszkolnej, metalowej grupy. I tak dokładnie jest.

Aggressor jest taką solą czarnej, death metalowej ziemi. Można się bez niej obejść, ale smak nie będzie wtedy taki jak trzeba. Może te słowa nie wyrażają dostatecznego zachwytu, ale muszę przyznać, że na swój sposób płyta mi się podoba, bo ma w sobie to zaprzaństwo i upór, z jakiego słynęły dawne zespoły. Czuję w tej muzie ciężar lat i choć nie będę wracał jakoś często do tego materiału, chylę przed zespołem czoła.

Arek Lerch

Cztery