AGATHOCLES – This Is Not a Threat, It’s a Promise (Selfmagdegod)

Legenda grind/hardcore’a wciąż żyje i nie zamierza udać się na emeryturę. Wprawdzie czasy świetności są już raczej za nimi, jednak nadal potrafią przywalić taką jatką, że młodsi i bardziej zajadli koledzy powinni wziąć u nich lekcje pt. „Jak grac ciężką muzykę i dobrze brzmieć”. Jako ciekawostkę warto też dodać, że w temacie pracowitości przebili Unholy Grave, nagrywając, bagatela, ponad 130 splitów…

Wspomniane brzmienie było pierwszym elementem, na który zwróciłem uwagę. W dobie wyczyszczonych produkcji, sterylizujących nagrania z mocy wszelakiej, płyta „This Is Not a Threat, It’s a Promise” brzmi tak agresywnie, monstrualnie, że aż dziw bierze, komu udało się w 2010 roku powrócić do początków analogowej produkcji studyjnej. Surowe, bardzo masywne brzmienie potęguje wrażenie dźwiękowego gwałtu na słuchającym. Do tego należy dodać wściekłą, chaotyczną muzykę, składającą się z krótkich i gwałtownych ataków. Wyjątek stanowi w zestawie „Aside”, najbardziej pokombinowany kawałek zespołu. Może niepotrzebnie, jak twierdzą niektórzy, co nie zmienia faktu, że takie urozmaicenie jest tu całkiem fajnym urozmaiceniem. Muzyka nieco wyhamowuje w drugiej części płyty ale i tak miłośnicy wymuskanych, melodyjnych i nowoczesnych produkcji nie mają tu czego szukać. Agathocles po raz kolejny popisali się muzyką raczej stroniącą od intelektualnych wyżyn, stworzoną dla proletariatu, prostą i dosadną. Taką, jaki był punk w czasach kiedy jeszcze coś znaczył. Rebelii z tej płyty nie będzie. Nie w 2010 roku, jeśli jednak komuś zależy na głośnej rozrywce, płyta może sprostać jego oczekiwaniom. Zdecydowanie koncertowa muzyka i tam chyba najlepiej będzie można docenić wartość tych nagrań.

Arek Lerch 4