AGAINST ME! – Transgender Dysphoria Blues (Xtra Mile Recordings/Mystic)

Szósty album Against Me! – florydzkich mistrzów melodyjnego punk rocka, w dodatku całkiem popularnego nad Wisłą, jest też pierwszym wyraźnym syndromem przerostu treści nad formą. Bo nie wątpię, że płyta dyskutowana będzie głównie ze względu na kontrowersyjny tu i ówdzie ruch lidera zespołu, który zapragnął narodzić się ponownie jako kobieta. Nie ma Thomasa Jamesa Gabela, jest Laura Jane Grace. Na pocieszenie dodam, że zespół nagrał album mocniejszy i zdecydowanie lepszy niż dwa poprzednie krążki.

Zrobiłem mały research i wyszło, że w krajowej prasie na razie nie było jeszcze recenzji tej płyty. W sumie nie dziwię się, bo „Transgender Dysphoria Blues” trafia w sam środek gender – histerii i zespół ze swoimi mocno kontrowersyjnymi tekstami, będącymi rozliczeniem lidera (liderki?) z własną tożsamością może co najwyżej dolać oliwy do i tak wysokiego płomienia. Chcąc nie chcąc, puentując nowe dokonanie Against Me!, muszę się w jakiś sposób ustosunkować do tej sytuacji. Cóż, można ją rozpatrywać z różnych punktów widzenia. Osobiście nie mam nic do preferencji otaczających mnie ludzi, w sumie każdy ma swój rozum i potrzeby, szkoda jednak, że taki szum odbije się pewnie na samej muzyce. Czy warto traktować płytę własnego zespołu jak, nie przymierzając, hyde park czy tablicę ogłoszeń? Skoro Laura – że pozostanę przy nowym wcieleniu – tak zdecydowała, jej sprawa. Kontrowersji nigdy za wiele a przecież historia tego zespołu zawsze obfitowała w barwne epizody i wartką akcję.

Na całe szczęście, muzyka pozostaje na wysokim, najwyższym od paru lat poziomie. Zastanawiam się, co powiedzieliby prekursorzy i dziadkowie punkowej, brudnej rewolucji z roku dajmy na to 75, gdyby usłyszeli takie hity jak „Talking Transgender Dysphoria Blues” czy „True Trans Soul Rebel”? Zapewne chwyciliby się za głowy. To ma być punk?! Do dokonań formacji pasuje zdecydowanie bardziej sformułowanie „pop punkowy rock”. Wyprodukowana na wysokim poziomie (ręką Billy’ego Bush’a, odpowiedzialnego za brzmienie min. Muse czy Garbage), po amerykańsku dopieszczona i wypucowana, przynosi mocniejsze brzmienia i zdecydowanie bardziej rockowy hałas, coś w stylu złagodzonej i melodyjniejszej wersji „Against Me! Is Reinventing Axl Rose”. Bez zmian pozostały partie wokalne i cholernie przebojowe, wciągające refreny. Określenie „zespół stadionowy” pasuje do Against Me! idealnie. W zasadzie każdy kawałek z tej płyty to murowany hit, lepiący się do ucha, jaśniejący kompozycyjnym kunsztem. Jak Amerykanie to robią, nie wiem, może chodzi oto, że łatwiej wyciągnąć talent z 317 milionów ludzi niż z 30? W każdym razie kompozytorami są nieprzeciętnymi, bo obok miodziastej melodyki warto wsłuchać się w świetnie rozplanowane brzmienia skrzących się różnymi barwami gitar. Dobrze spisuje się nowy pałker Atom Willard – prosto, bez wychodzenia przed szereg, ale z doskonałym pulsem. W sumie – zapięty na ostatni guzik, perfekcyjny niczym pani domu album.

Wychodzi na to, że udało się Against Me! stworzyć ideał – jest fajna (choć nieodkrywcza – to podkreślam!) muzyka, napędzana kontrowersjami liderki, co zapewni odpowiedni i potrzebny rozgłos. Zastanawiam się tylko, czy ta sztuka uda się w kraju nad Wisłą? Skoro nawet Bolek i Lolek razem z Teletubisiami są posądzani o „genderowanie”, to co powiedzieć o takiej, rzuconej prosto w ryj deklaracji?

Arek Lerch

Cztery