ADVERSARIAL – Death, Endless Nothing and the Black Knife of Nihilism (Dark Descent)

Jest pewna granica możliwości w każdej dziedzinie życia, w której próbujemy swoich sił. Czy będzie to sport, pisanie czy komponowanie, prędzej czy później musimy dotrzeć do pułapu, powyżej którego nie damy już rady się wzbić. Patrząc na tegoroczne płyty, ten moment mają już chyba za sobą tacy giganci death metalu jak Nile, Krisun czy Hate Eternal. W przeciwieństwie do nich, Kanadyjczycy z Adversarial są wciąż na fali wznoszącej.

Bo „Death, Endless Nothing and the Black Knife of Nihilism” to album znakomity. Nawet w niepozornym, instrumentalnym przerywniku pojawia się motyw warty uwagi. Jest tu surowość i dzikość, jest muzyczne piekło, ale stoi za tym jakaś myśl, tak jak bywało na płytach pokroju „Dawn of Possession” czy „Diabolical Conquest”. Może jeszcze za wcześnie, aby wymieniać Adversarial obok takich klasyków i w przeciwieństwie do nich nie jest to muzyka przesuwająca granice gatunku, ale ile w tym roku wyszło lepszych płyt z death metalem? Zaryzykuję stwierdzenie, że lepsza nie była żadna.

Wrażenie to pogłębia doskonała produkcja, jaką ta muzyka została opatrzona. Wszystko jest na swoim miejscu i nie ma już kontrowersyjnych patentów w rodzaju wysoko nastrojonego werbla, co uprzykrzało niektórym słuchanie poprzedniej, debiutanckiej płyty Adversarial. „Death…” to wspaniały, cuchnący siarką wyziew z samego dna piekła, grany przez muzyków dobrze znających swoje instrumenty. Mogę im nawet wybaczyć ten ukochany przez wszystkich mrocznych metalowców cytat z „Roku 1984” o bucie depczącym twarz, choć jeśli jeszcze jeszcze raz to usłyszę na jakiejś płycie to puszczę pawia. Brakuje jeszcze tylko samplowanych wypowiedzi Charlesa Mansona i koweru G.G. Allina, żeby zmienić to wszystko w smutny jak nie powiem co banał.Band

Ale nie czepiajmy się, bo jest naprawdę dobrze. I właściwie trudno mi sobie wyobrazić czego można by było oczekiwać od takiej muzyki ponad to, co znalazło się na „Death, Endless Nothing and the Black Knife of Nihilism”. Wypada tylko życzyć muzykom Adversarial, żeby zbyt szybko nie podzielili losu starszych kolegów z tak zwanej pierwszej ligi, którzy raczą nas coraz bardziej wymuszonymi i wypranymi z energii płytami. Ale w sumie to przyganiał kocioł garnkowi, bo choć Kanadyjczykom udało się nagrać znakomity album, to ja przez dobre dwa tygodnie walczyłem z tym tekstem, próbując wznieść się poza schemat „dowcipnego” opisu płyty z death metalem. Zapewne jeśli chodzi o pisanie recenzji szczyt formy mam już także za sobą, ale najważniejsze w tym wszystkim jest i tak to, że mogę wam polecić tę muzykę.

Michał Spryszak

Pięć