AD NAUSEAM – Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est (Lavadome Productions)

Gdyby komuś doskwierał brak dziwactw wśród death metalowych tytułów 2015 roku, to z pomocą przychodzi włoski Ad Nauseam. Dziwactwo w tym przypadku oczywiście znaczy odstający od normy, co za tym idzie, trudny do konkretnej kategoryzacji.

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z tym zespołem zrobiło na mnie spore wrażenie. Niby świeżaki istnieją na rynku zaledwie od trzech lat, a już rozpętali spore zamieszanie swoją obecnością. Bo z czym tu mamy do czynienia? Złośliwi powiedzieliby, że to kolejna, zapewne z góry nieudana, kalka Gorguts, albo, że przekombinowanie tutaj przesłania urok resztek pomysłowości (o ile w ogóle można tutaj mówić o tym pojęciu). Ci bardziej optymistycznie nastawieni mogą przyznać, że jeżeli już o inspiracji Gorguts mowa, to jest ona spożytkowana należycie, czyli po swojemu, nienachalnie i wreszcie – z pomysłem. Zdecydowanie stoję po środku.

Tak, Gorguts tu jest, Ulcerate też („La Maison Diev”), trochę Artificial Brain też się znajdzie… a gdzie do cholery podziali się Włosi?! Spokojnie, po dość chaotycznym rozpoczęciu przychodzi czas na zapoznanie się z zespołem, potrafiącym mocno uderzyć, ale też załagodzić sytuację poszerzając przestrzeń i wypełniając ją specyficzną atmosferą. Brzmi to wszystko dość znajomo, nie da się ukryć. Jednak grupa stara się jak może by przemycić cząstkę siebie, przez wprowadzanie wielu nieprzewidywalnych wariacji, jak też przez wydobywanie z instrumentów zróżnicowanych dźwięków („Into the Void Eye”). To co już na starcie rzuca się w uszy, wiąże się z deficytem spójności, brakuje tu takiej liny wiążącej pętle wokół materii panoszącej się na albumie. Trochę jednak jakby za dużo Włosi chcą nam przekazać na raz. Forma każdego utworu zmienia się diametralnie w ułamkach sekund. Cieszy mnie fakt odnalezienia w tym całym „uporządkowanym bałaganie” chwil na odsapnięcie i wyciszenie, ale mam wrażenie, że troszkę sztucznie się one wkupują. Wyskakują jak Filip z konopii, by za moment wpakować nas w wagonik rollercostera i zepchnąć z samej góry w przepaść dysonansu. Bólem jaki uwiera moją tylną część ciała to przerost muzycznej formy nad muzyczną treścią, gdzie treść stanowi właśnie pomysł. Ta sytuacja metaforycznie przypomina mi spotkanie o pracę: kandydat jest uzdolniony, ma też doświadczenie, za wszelką cenę w przeciągu ograniczonego czasu chce pokazać wszystkie swoje atuty, jego zuchwałość aż szczypie w oczy, ale brakuje mu najważniejszej cechy – osobowości. Niestety, w Ad Nauseam, brakuje mi Ad Nauseam.ad2

Włosi to specyficznie muzyczny naród. Właściwie ciężko mi przypomnieć sobie jakikolwiek zespół z Półwyspu Apenińskiego który wykazywałby się awangardowym podejściem do tworzenia death metalowych kompozycji. Chociaż, Nero di Marte to chyba najbliższy mentalnie, włoski twór, który rzeczywiście potrafił zainteresować mnie pomysłem na siebie i charakterystycznym usposobieniem. Tu jest właśnie pies pogrzebany – warsztat jest, muzycy są, technika jest, potencjał drzemie… I niestety, nic więcej. Mimo wszystko uważam, że warto zwrócić uwagę na Ad Nauseam, bo jak uczy nas przeszłość początki często mylą. Uśpiony potencjał może następnym razem wyłoni się z nory, jak na razie przykryty jest warstwą jaskrawej formy.

Adam Piętak

Trzy i pół