ACID DRINKERS – La Part Du Diable (Mystic)

Acid jak to Acid… Chciałoby się tak napisać a przecież nie można przejść ot tak sobie obok dzieła jednej z najbardziej kolorowych załóg w tym kraju. Na tle metalowej sceny, która jest zazwyczaj buraczano – ponura lub plastikowo – szatańska, ekipa Titusa to żywe srebro, zawsze gwarantująca muzyczną zabawę na poziomie dobrym a nawet  bardzo dobrym…

Być może „La Part Du Diable” nie przebił ultra-zajebistej płyty „Verses of Steel”, jednak nie o to chyba chodziło. Wprawdzie w stosunku do Acid’s przestała już obowiązywać żelazna reguła sinusoidy, jednak nie może to fałszować obrazu. Na najnowszej, 13 płycie studyjnej kwasożłopy jadą po swojemu, bez żenady łącząc elementy nowocześniejsze z typowym, motorhead’owatym rock’n’rollem czy agresywnym thrash’en. Zacznijmy może od tego ostatniego – pomijając fakt, że cała płyta jest utrzymana w tej stylistyce, kawałkiem, który nie pozostawia złudzeń co do inspiracji muzyków będzie zapewne „Bundy’s DNA”, brzmiący niczym odrzut z repertuaru Slayer (szczególnie w szybkich zwrotkach…), podobnie z „Payback”, „Old Sparky” (oj, siarczysty groove, w sam raz na koncerty…) i „The Trick”, tyle, że tu d – beat’owa struktura  wyraźnie ciąży w stronę ekipy Lemmy’ego.

Jak zwykle nie mogło jednak zabraknąć elementów, których nikt się nie spodziewał. W przypadku „La Part…” będzie to ukłon w stronę Nowego Orleanu i Down – poważny („Dance Semi-Macabre” i dołujący, sludge’owy „V.O.O.W.”) i z jajem, szczęśliwie wyrzuconym na koniec płyty, czyli wesołkowatym, podskakującym niczym clown „Zombie Nation”.  Z zupełnie innej flanki uderza z kolei „Andrew’s Strategy” – bardziej rockowy, z posmakiem lat 70 – tych. Czyli, jak można się było spodziewać, groch z kapustą, ale doprawiony tak, że nie można przestać spożywać. Może brakuje mi tu troszkę tej „kurwy”, jaka dominowała na „Wersetach”, z drugiej jednak strony cieszę się, że nagrali po tych wszystkich perturbacjach po prostu dobrą – na swoim poziomie – płytę. Pod względem technicznym bez zarzutu, solówki w normie, Titus w normie, Ślimak w normie, ale zwyżkowej (bębny są zdecydowanym, jasnym punktem płyty z naciskiem na nowoczesne, nieco transowe granie, jak w „On The Beautiful Bloody Danube”), okładka daje radę… Acid’s znowu w siodle.

Jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć, czy ten krążek znajdzie się w pierwszej trójce Acidowych produkcji. Na pewno – jak każda poprzedniczka – ma swój styl, swój kolor i jako taki stanowi kolejny dowód na żywotność poznaniaków. Acid nie wymyśla prochu, nie eksperymentuje ze stylistykami mającymi przedrostek „post”, nie dociąża niepotrzebnie muzyki. Jest sobą.  Nie ma mowy o jakimkolwiek przełomie, ale jako taka, jest „La Part Du Diable” wydarzeniem w krajowym, metalowym środowisku i jak zwykle  dostarcza sporej dawki zdrowej adrenaliny. Aż chce się krzyknąć – żyj nam sto lat!

 

Arek Lerch