ACID DRINKERS – Fishdick Zwei – The Dick Is Rising Again (Mystic)

Drugiej takiej załogi ze świecą szukać. O ile studyjne płyty różnie kwasożłopom się trafiały (pamiętne prawo sinusoidy…) o tyle kowery potrafią robić znakomicie a pomaga im w tym niebanalne poczucie humoru. Materiał porywa od pierwszych dźwięków i jak zwykle przynosi kilka niespodzianek.

Taka płyta była im potrzebna… Po dole, w jaki wpędziła fanów śmierć Olass’a,  musiało zaświecić słońce i uśmiech wyjść na twarz. Premiera Fishdick 2 to wyraźny sygnał, że żałoby nastał koniec i znowu możemy się cieszyć. Nie żebym miał im to za złe, tym bardziej, że raczej głupich i siermiężnych dowcipów na płycie nie ma i przeważa rasowe pierdolnięcie.

Podstawowe menu to kowery zrobione z klasą, szacunkiem i niewątpliwym talentem. Wyróżnia się tu np. „Bad Reputation” Thin Lizzy z popisową grą Ślimaka. Perkusista ma na płycie zresztą swojego „Nocnego Gościa pt. II” w postaci „Et Si Tu N’Existais Pas” Joe Dassin, gdzie gra na gitarze i śpiewa tym swoim, seksownym barytonem. Może być. Świetnie, z dużym szacunkiem i polotem odegrane zostały „Bring It On Home” Led Zeppelin i  – szczególnie – „Blood Sugar Sex Magic”, fajnie wypadł też „straszowiony” „Ring Of Fire” Johnny’ego Cash’a . Jednak największy szum wokół płyty zrobiły dwa opracowania, które świadczą z jednej strony o dużym poczuciu humoru Acidów a z drugiej o złośliwości w stosunku do krajowych, zapiekłych fanów klasyków metalu. Bo już wyobrażam sobie miny maniaków Slayer, kiedy usłyszą „Seasons In The Abyss” – jeszcze wstęp jest wierny oryginałowi, jednak kiedy po kilku taktach wkracza niespodziewanie zapijaczone country, może być krucho. Piekielnie dowcipna wersja! Jeszcze gorzej – czyli lepiej – jest w przypadku klasyka kontestujących licealistek, czyli „Nothing Else Matters” wielkiej czwórki. Tu do dzieła wkracza śpiewający Czesio – jego jarmarczno – akordeonowe wjazdy w takty podniosłego balladziska wywołują niekontrolowane salwy śmiechu. Nawet jeśli przyjąć, że gościnny udział tego pana ma coś wspólnego z wytwórnią płytową (wszyscy razem w jednym tempie…) to i tak posunięcie jest mistrzowskie. Zresztą, gości jest tu bez liku, wymieniać nie ma co. Z drugiej strony jest też kilka piosenek, które jakoś mi „nie leżą”. Dobrze zagrany, ale bez zadziora jest np. „Hot Stuff” Donny Summer, kawałek Keitha Richardsa też trochę „wypełniacz”, zaś zupełnie nie rozumiem upchania na płycie miniaturek w postaci kilkudziesięciosekundowych dżingli „Fluff” Black Sabbath, „Detroit Rock City” Kiss i Iron Maiden. W sumie mogło nie być tych numerów i też płyta miałaby klasę. Oczywiście, nie ma co narzekać, bo na każdą, zakrapianą imprezę będzie to płytka idealna. W temacie robienia kowerów zespół nie ma sobie równych. I weź tu teraz wybierz z tej potężnej gromadki zestaw na koncerty…

Arek Lerch

Cztery i pół