ABSU – Abzu (Candlelight)

Z pewną taką nieśmiałością przyznaję, że dałem się wpuścić w maliny. Zachłysnąłem się zapowiedziami nowej płyty jednego z moich ulubionych zespołów, krzyczącymi o wpływach fusion, psychodelii i rocka z lat 70’. Roiłem sobie w głowie wizje Absu odlatującego w krautrock, Hammondy i środki psychoaktywne. Wyobrażałem sobie „Abzu” jako konglomerat Destruction i Can, Hellhammer i Mahavishnu Orchestra, Darkthrone i Syda Barretta… Nic więc dziwnego, że kiedy usłyszałem ten album, poczułem mocny niedosyt (to takie bardziej dyplomatyczne określenie „rozczarowania”), bowiem z słuchawek zaatakował mnie metal czystej krwi. Nie to żebym miał Proscriptorowi za złe, ale liczyłem na większy odpał stylistyczny… I wreszcie takowy znalazłem.

Metalowość „Abzu” aż po mordzie wali. Opisując jej zawartość czymś na kształt równania powiedziałbym, że jest to kontynuacja myśli ze starszego o dwa lata „Absu” zagrana na aranżach wciąż niedoścignionej „Tary”. Poprzedni album wywołał nieco zamieszania, zaskakując przejrzystą, klarowną produkcją i odejściem od „zbitych” struktur, na których Proscriptor, Equitant i Shaftiel budowali swoje charakterystyczne brzmienie. Tym razem przepadły ostatnie ślady thrashowych riffów, które przebijały na „Absu” jako ślad obecności poprzedniego składu . Swoista chwytliwość „Abzu” nie opiera się na piosenkowych schematach, łatwych do skandowania refrenach czy riffowaniu rodem z „Infernal Overkill” – ta płyta porywa surową energią, doskonale przemyślanymi kompozycjami, które nie oglądają się na zwrotkowo-refrenową formułę, breją ponakładanych gitar i gęstą grą perkusji. Proscriptor gra, jakby po bardziej oszczędnych, przestrzennych patentach „Absu” chciał tym razem zemścić się na Slayer za to, że nie pozwolili mu przejąć stołka po Lombardo. Z kolei dokooptowany do składu Matt Moore alias Vis Crom równie swobodnie czuje się w blackmetalowym tremolo, co zaglądając w rejony mocniejszych fragmentów „Starless and Bible Black”. Wyczuwam tu pewną mentalną zbieżność z Voivod – tak jak Kanadyjczycy w swoim „złotym” okresie (wiadoma trylogia) inspirowali się rockiem psychodelicznym grając de facto thrash metal, tak Absu odleciał w fusion/artrockowe struktury, ale inkorporując je w pierwotny blackmetalowy łomot. Zamiast prób polepienia ze sobą progresywnej wirtuozerii i metalowej prostoty, Absu stworzył płytę wielokrotnego użytku, która pod warstwą hałasu kryje mnóstwo smaczków i melodii, sprawdzając się i jako rozkręcacz zadymy, i jako materiał do delektowania się w skupieniu, z winem i dobrymi słuchawkami na uszach. Sam wieńczący płytę 14-minutowy kolos „A Song For Ea” to bite dwa tygodnie codziennej, niezmiennie satysfakcjonującej kontemplacji .

Absu stanowi wyjątkowy przypadek zespołu, w którym odejście jednego z głównych kompozytorów i nader często zmieniająca się kadra nie zaszkodziły samej muzyce (chociaż wiem, że narzekający na „Absu” twierdzą coś zupełnie przeciwnego). Proscriptor, z kim by nie grał obecnie lub w przyszłości, jest najwyraźniej w stanie obracać się w ramach wypracowanej dawno temu formuły tak, by z każdym albumem brzmiała świeżo i frapująco. I pomyśleć, że spodziewałem się retro-stylizacji albo dziwadła w rodzaju metalowej wersji „The Venus Bellona”… Złóżcie ręce do braw, bo „Abzu” to murowany kandydat na podium w zestawieniu najlepszych płyt tego roku.

Bartosz Cieślak   6