ABSTRACTER – Tomb of Feathers (The Path Less Traveled Records)

Abstracter to przesyłka wprost z Oakland dla wszystkich kochających muzyczny brud, dołowanie, smutek i przejmujące zimno. Działający od 2010 roku band zaprezentował swoje debiutanckie dzieło, zawierające 38 minut marszu przez katakumby.

Amerykański kwartet para się muzyką dla dziennikarza idealną, bo jakich by tu porównań nie użyć, i tak będzie pasować. Lista inspiracji jest długa, odrzucamy jedynie zamieszczone w reklamie płyty porównania do SWANS, moim zdaniem całkowicie nietrafione.

Amerykanie, wychodząc z poziomu dołujących klimatów z okolic His Hero Is Gone, poruszają się w stronę bardziej klimatycznego grania z szczególną dbałością o rozbudowane, rozciągnięte do granic przyzwoitości aranże. W najdłuższym na płycie, szesnastominutowym „Ash” dzieje się sporo, ale w sumie można z powodzeniem skrócić kawałek o kilka minut. Trochę czasu zajęło mi wchodzenie w nastrój tej płyty, jednak, kiedy już człowiek przekona się do może zbyt sterylnej, jak na takie granie produkcji, co szczególnie dotyczy zbyt lekkich bębnów, można posmakować muzycznej chłosty na zupełnie poprawnym poziomie. Całość jest bardzo majestatyczna, utrzymana w wolnych a czasami bardzo mocno wlokących się tempach. Najwięcej prawie – „neurosisowej” aury uświadczymy we wspomnianej już pieśni, choć i pozostałej dwójce mało brakuje. Czasami w strukturach utworów coś drgnie, np. stonerowy riff, otwierający „To Voimt Crows”; w tym numerze zwraca też uwagę środkowa, basowo-perkusyjna część i bardzo fajny, transowy finał utworu. Choć na ten ostatni musimy z 8 minut poczekać. Z kolei otwierający płytę „Walls  That Breathe (czytali „Święty Wrocław”?!) to sama klasyka gatunku – odgłosy deszczu na początek, monotonne pompowanie, gdzieś tam ocierające się o Godflesh, miejscami, za sprawą brutalnych riffów, wpadające niemal w death metalowe koleiny. Nie można też pominąć faktu, że współczesna scena pełna jest zespołów, które postanowiły uskuteczniać takie właśnie, mozolne mielenie, dlatego Abstracter, niestety, z tej grupy nie wyróżnia się w jakiś szczególny sposób.

Nie jest to muzyka optymistyczna, nie pobudza do życia, raczej przywołując czarne myśli, dlatego nie słuchajcie, drodzy czytelnicy, płyty podczas drogi do pracy. No chyba, że jesteście komornikami. A wtedy biada waszym klientom…

 

Arek Lerch