ABORYM – Dirty (Agonia Records)

Włoska kamanda zaczynała w latach, kiedy klawisze w metalu były rozwiązaniem co najmniej ryzykownym, rozwinęła skrzydła w czasach gumowego nu rocka, zaś prawdziwie potworną, industrialno – apokaliptyczną twarz ukazała już w XXI wieku, za sprawą doskonałego i na razie nie przebitego dzieła “With No Human Intervention”. Dzisiaj powraca z szóstą płytą, która jest w swojej klasie dziełem skończonym, choć żadnego wyłomu, niestety, nie czyni.

Przez lata działalności grupa niewątpliwie wypracowała sobie własne, łatwo rozpoznawalne brzmienie, co jest atutem, choć słychać, że dzisiaj zespół nie szuka już na siłę niczego nowego, zadowalając się szokowaniem dźwiękami, które w pewnym sensie szokujące już nie są. Ale nadal – co podkreślam, żeby nie było wątpliwości – mogą się podobać. W stosunku do młodszej o dwa lata płyty „Psychogrotesque” zespół znowu mocniej wszedł na poletko elektro – industrialu, podkreślając to syntetycznym brzmieniem garów (chyba raczej Faust nie maczał swoich kończyn w rytmicznej stronie „Dirty”…) i zestawiając je z potężną ścianą smolistego, gitarowego wyziewu. Może jedynie wstęp, w postaci „Irreversible Crisis”, brzmiący niczym industrialna wersja jakiegoś kawałka z „Satanica” Behemoth (charakterystyczne stop – go gitar…), budzi lekką wątpliwość, jednak od „Across the Universe” wpadamy w potężny, mechaniczny dół, który nie pozostawia złudzeń, z jakim muzycznym sortem mamy do czynienia. Przyznam, że nadal zaskakuje mnie, że dzisiaj, kiedy łączenie elektroniki z muzyką gitarową nie jest niczym nowym, takie dźwięki robią wrażenie. Szczególnie, jeśli zespół jest specem w nasączaniu faktur autentycznym mrokiem. Za sprawą „Dirty” Aborym pozbywa się też cienia Csihara, który na „With No Human Intervention” otworzył całe piekło. Materiał jest zagrany bez kompleksów, choć też bez specjalnego silenia się na jakieś wybitnie przegięte dźwięki. Może nawet miejscami zbyt zwyczajnie to wszystko brzmi? Na płycie można znaleźć też sporo tematów, które wciągają specyficznie perwersyjnym klimatem; trudno dziwić się, że chodzi o te najdłuższe wyziewy – „Raped By Daddy”, przerażający „The Factory of Death” czy finałowy „The Day the Sun Stopped Shining” – idealny tytuł dla muzyki Aborym. Zespół nie przesadza z doborem środków wyrazu, sprawnie łącząc organiczne riffy z całą plejadą syntetyków – od zgrzytających w temacie niemal Einstürzende Neubauten okropieństw, aż po lżejsze tematy, kojarzące się od biedy z pasażami Dimmu Borgir, choć tych ostatnich, na całe szczęście, jest tu raczej mało.

Szósta płyta zespołu pojawia się w dość ciekawym kontekście biznesowym, w okresie, kiedy w zasadzie niczym nie można już zaskoczyć; na szczęście zespół wystrzega się histerycznego wymyślania „czegoś nowego”, co z góry skazane jest na porażkę. Jako ciekawostkę można dodać, że album zawiera drugi dysk z kilkoma przeróbkami („Comfortably Numb” Pink Floyd – niezły wybór, „Hurt” Nine Inch Nails) i na nowo zarejestrowanymi kompozycjami zespołu, choć, jako zwolennik płyt stanowiących monolityczną całość, niespecjalnie zachwyciłem się tym pomysłem. Polecam każdemu miłośnikowi ekstremy na światowym poziomie. Dance black metal? Brzmi nieźle, choć i tak ortodoksi będą wkurwieni.

Arek Lerch

Cztery