ABORTED  – Global Flatline (Century Media)

Okładka najnowszej płyty Aborted znakomicie obrazuje szaleństwo, jakie zapanowało na polskich ulicach po podpisaniu przez nasz wspaniały i cholernie kompetentny rząd umowy ACTA. Krew, flaki i łzy. Prawdziwe piekło, szkoda tylko, że w tej masakrze podmiotami ulegającymi masarskiemu rozbiorowi nie są członkowie wymienionej gdzieś wyżej, złodziejskiej organizacji. Rzeczona okładka zwiastuje też powrót – wreszcie (!) – Aborted na właściwe tory. Muzyczne, rzecz jasna…


Przyznam szczerze, że kariera Aborted była dość oczywista do płyty „Goremageddon”. Krążek ten zwieńczył dzieło brutalnego grind – gore’a, zaprawionego słuszną dawką podziemnego death metalu. Potem nie było już tak pięknie, choć nadal brutalnie. Zespół mocno flirtował z komercyjnym death metalem, chciał być utożsamiany z techniczną odmianą tegoż gatunku („Slaughter&Apparatus: A Methodical Overture”) by wreszcie mocno ukłonić się w stronę melodii, kiedy to Belgowie postanowili zostać następcami Carcass z okresu „Heartwork” („Strychnine.213”). Oczywiście, w poszukiwaniu nie ma niczego zdrożnego, ba, jest pożądane, szkoda tylko, że żadne z wymienionych oblicz zespołu nie było do końca przekonujące. Może dlatego właśnie „Global Flatline” jawi mi się jako wyjątkowo świeży kawał metalowej młócki. Belgowie zrozumieli wreszcie, że najważniejsza jest RZEŹ w czym od początku byli najlepsi. Nowe dzieło aż kipi od prostych w sumie, ale cholernie ostrych, zagranych z precyzją chirurgicznego skalpela grind – death’owych (dokładnie w takiej kolejności) kawałków, które wprawdzie od totalnego podziemia różnią sie bardzo przejrzystymi aranżacjami, ale poziomem syfu, wściekłości i okrutnych balastów sadowią się w samym centrum europejskiego undergroundu. Kolejnym elementem, który mi zaimponował jest całkowita niemal  rezygnacja z jakichkolwiek melodyjnych, słodkawych riffów i refrenów; jedynym chwytliwym elementem płyty są znakomite, czasami całkiem rozbudowane solówki.

Zespół stawia na frontalny atak i po raz pierwszy od wymienionej we wstępie płyty poczułem się, jakby mi ktoś walnął brzuch. Ta płyta ogniskuje wszystko, co takiej muzyce jest właściwe – warczący bass, wokale na granicy świniobicia, brutalne acz czytelne riffy i aranże napakowane akcentami, pauzami i łamańcami. Kiedy trzeba zespół pokazuje swoje jak najbardziej techniczne oblicze (np. w „Expurgation Euphoria”) ale głównie goni na złamanie karku. Rzecz jasna – nie znajdziecie tu niczego nowego, nie ma odkryć na miarę końca świata a raczej dogłębna eksploatacja ostatnich dwudziestu lat ekstremalnej sceny. Tej mniej komercyjnej. Daruję sobie symptomatyczne dla mojej osoby wyliczanki; całość napierdala w  łeb tak, że słucham płyty od początku do końca jednym tchem.

Aborted powrócił z tarczą.

Arek Lerch

Cztery