ABBATH – Abbath (Season of Mist)

Przy okazji recenzji nowej płyty Borknagar wspomniałem o nastroju adekwatnym do zimowej pory i palącej potrzebie poczucia białej zadymy z prawdziwego zdarzenia. Niestety, wydaje się, że zima odeszła na dobre, a wraz z nią opady śniegu, których jak wiemy, było tym razem tyle co kot napłakał. Podobnie ma się sprawa z nową pozycją „śnieżnego piewcy z Blashyrkh”, tu pod imiennym szyldem Abbath.

Zostawmy na boku sprawy prawne formacji z Bergen, które targały opinią (sprzeczne wypowiedzi obu filarów Immortal) niczym mroźna zawierucha. Przerobiony na salach sądowych scenariusz kolegów po fachu z grupy Gorgoroth miał podobny przebieg. Frontman Immortal nie załamał się wyrokiem sądu i zebrał nową ekipę od sportów zimowych. Ostatecznie przyszło nam usłyszeć zapowiedź muzyki Abbatha w asyście innego perkusisty (który jak wiadomo, zdążył już opuścić szeregi bandu…) i znanego nie od dziś basisty o pseudo King ov Hell (wcześniej udzielał się min. w Gorgoroth). Tak na marginesie, pewnie mieli wspólny temat w kwestii sporów prawnych… Dawno przestałem się ekscytować gruntowanym konsekwentnie stylem, który towarzyszy Immortal mniej więcej od czasu wydania „At the Heart of Winter”. Mroźny, surowy i złowieszczy klimat wczesnych płyt Norwegów, całkowicie pokrył się zmurszałym mchem.Abbath

I cóż usłyszymy na tej (debiutanckiej poniekąd) płycie? Końca epoki lodowcowej próżno szukać – to ciąg dalszy tego co oferował wcześniej Immortal, zresztą jak sam autor aktualnie przyznaje w wielu wywiadach, muzyka z tej płyty miała się znaleźć na nowym krążku Nieśmiertelnego. Dla tych co tupią nóżką do płyt pokroju „All Shall Fall” czy „Sons of the Northern Darkness”, nowa pozycja Abbatha dopełnia płytotekę, z kolei dla fanów „Diabolical Fullmoon Mysticism”, „Pure Holocaust” i „Battles in the North” to zupełnie inna bajka. Nie jest to słaby album, ale wydaje mi się, że pozbawiony został kłujących sopli lodu, którymi naszpikowana była ich pierwotna twórczość. Blasty, jeśli już się pojawiają, nie są jak lawina niosąca zagładę, wokale, mające świszczeć niczym szkwał, są co najwyżej podmuchem porannej bryzy, zaś gitarowe riffy tylko co jakiś czas zwracają moją uwagę, by za chwilę stopnieć przy dodatniej temperaturze. Dużo tu nic nie wnoszących wypełniaczy i przeciętnego pitolenia. Nie myślcie jednak, że jest aż tak tragicznie. O nie! Szczególnie wspomniany wyżej King przykuwa swoją grą szczególną uwagę; nie mam pojęcia czy jest „królem w piekle”, ale z pewnością jest królem gitary basowej. Smaczki i popisy, które słyszymy na całym albumie, dodają mu polotu, zwiększając przyjemność słuchania tej muzyki. Nie będę analizował po kolei każdego utworu – kawałki mają tzw. momenty, dobre aranżacje i dynamikę. Nie mają za to zajebistych i łatwych do zapamiętania riffów, takich, które bym nucił pod nosem.

Pozostając przy meteorologicznej metaforyce, porównam płytę raczej do zamiatania liści, niż szuflowania śniegu na zwały nawarstwiające się przed domem. Jestem też ciekaw jak sobie poradzi Immortal bez charakterystycznego głosu Abbatha. Demonaz, który przez sprawy zdrowotne dawno przestał grać na gitarze, był przecież autorem najlepszych riffów z pierwszych płyt. W tamtym czasie Abbath był basistą, zatem może jest jakaś szansa, by w tak dziwacznym położeniu z rynkowego punktu widzenia, perturbacji z prawami do nazwy i dobrze wyrobionej pozycji w historii metalu, Immortal stanie się za sprawą nowego albumu bardzo „Mortal”, oby nie… A w starciu kapel o zimowych tradycjach, odnoszę wrażenie, że tym razem Borknagar na stoku narciarskim znacznie wyprzedził Abbatha.

Slavomir Maria Nietupski

Trzy