A PLACE TO BURY STRANGERS – Transfixiation (Dead Oceans/Sonic)

Często zadajemy sobie pytanie, czego oczekujemy, słuchając płyt i odkrywając kolejnych artystów? Rozrywki, dawki ładnych melodii, ukojenia skołatanych nerwów po całym dniu wkurzającej pracy? Czy może odwrotnie – stymulacji, pobudzenia krążenia, ew. wyprowadzenia z równowagi? Oczywiście, można odpowiedzieć, że w zależności od sytuacji – dobra jest każda z tych opcji. Jeśli tak, to „Transfixiation” idealnie łączy w sobie delikatne łaskotki z jednoczesnym przypierdoleniem prosto w krocze. 

Nowojorczycy z A Place To Bury Strangers to nie żadni debiutanci, ale załoga użyźniająca muzyczne poletko już od 2002 roku. Co ciekawe, zadebiutowali dopiero w 2007 a „Transfixiation” to już ich czwarty długograj. Grupa zazwyczaj określana jest mianem noise’rockowej, choć w tym przypadku nie chodzi o konkretną stylistykę a podkreślenie, że hałas jest  ważnym i decydującym o obliczu zespołu składnikiem. Drugim, równie istotnym elementem, dodającym temu przedsięwzięciu pieprzu, jest arogancja. Tu musimy na chwileczkę odwołać się do wielkich patronów ekipy Olivera Ackermann’a, czyli The Jesus And Mary Chain. Nie ma nic gorszego niż „fajna” muzyka. Fajna, czyli bezpłciowa, łatwa, konfekcyjna, supermarketowa, krótko mówiąc. Kto jak kto, ale nasi bohaterowie tudzież ich protoplaści do tego worka nigdy wrzucani nie będą. Wspomniana arogancja, szczególnie w przypadku Szkotów, to w zasadzie wypięcie się na słuchacza – kakofoniczna ścina dźwięku, koncerty, sprowadzające się do dziesięciominutowych eksplozji, kończonych zazwyczaj bójkami i demolowaniem klubów, wreszcie niechęć, granicząca z nienawiścią, jaką żywili do siebie liderujący Jezusom bracia Reid. A Place To Bury Strangers, arogancję skopiowało jedynie na poziomie muzycznym, bo to, co znajdujemy na nowej płycie trudno nazwać chęcią zjednania sobie słuchacza. Brak kompromisów w przygotowaniu nowych kawałków słychać szczególnie w zestawieniu z młodszym o niespełna trzy lata i dużo bardziej syntetycznym krążkiem „Worship”. Krótko – jeśli „Transfixiation” nie osiągnie w zestawieniach alternatywnego rocka za rok 2015 należnej i wysokiej pozycji, uznam, że kompletnie ogłuchłem i nie potrafię się wsłuchiwać w teoretyczne potrzeby słuchaczy. Moją potrzebą na dzień dzisiejszy jest dźwiękowa chłosta i takiej dostarcza mi nowojorskie trio. Odniesienia do The Jesus And Mary Chain prowokują do wrzucania „Transfixiation” wprost do wora z napisem „shoegaze”, jest to jednak uproszczenie, bo takie elementy zostały przez zespół wykorzystane na tyle twórczo, by uznać ich propozycję za coś zdecydowanie bardziej oryginalnego. Oczywiście, podstawa, czyli zestawienie niemal popowych a przynajmniej w miarę miękkich melodii z gitarową eksplozją faktycznie się zgadza, jednak mamy tu więcej niż u klasycznych przedstawicieli shoegaze elementów przyprawiających o ból brzucha.A Place to Bury Strangers Band

Wszystko zaczyna się małą ściemą, bo „Supermaster” brzmi niczym odrzut z ostatniej płyty Editors. „Straight” jest wprawdzie bardziej motoryczny, ale równie klarowny i „oczywisty”, choć tu znajdziemy już pomruki burzy w postaci fajnych, dysonansowych gitar w drugiej połowie piosenki. Dalej będzie już tylko gorzej, czyli lepiej. Oliver z kolegami uznali, że dwie, w miarę normalne kompozycje wystarczą, by udowodnić, że grać potrafią i zapominają o jakiejkolwiek muzycznej poprawności. Nagromadzenie gitarowego zgiełku momentami zaczyna przekraczać próg tolerancji. Jeśli lubicie „Psychocandy”, takie „hity” jak monstrualny „I’m So Clean”, niemal nieczytelny „Love High” (czasami zastanawiam się, czy to przypadek czy celowe działanie?) na pewno się Wam spodobają. Równie ciekawy jest chociażby „Deeper”, penetrujący niskie częstotliwości; sprzęt grający się krztusi, głośniki charczą, monotonny, mrukliwy wokal, pałęta gdzieś w tle. W temacie „wszystko potrafimy przesterować, spogłosować i zniekształcić” pierwsze miejsce dostaje „I Will Die”. Faktycznie, słuch umiera. Grupa zdaje się wybierać z muzycznej składnicy wszystko, co jest odpowiednio przegięte brzmieniowo. Deformuje psychodelię („Fill the Void”), „divisionowe” ponuractwo faszeruje zgrzytem („What We Don’t See”). Miejscami można usłyszeć ten charakterystyczny dla poprzedniej płyty i kojarzący się trochę z „Automatic”, syntetyczny puls („Now It’s Over”). A jeśli już łagodnieje, to na nowofalową modłę w „We’ve Come So Far”, choć i tu nie wytrzymuje długo i pod koniec spuszcza z łańcucha gitarowe szaleństwo. Wspomniana, nowa fala rozlewa się oczywiście po całej płycie – owo wycofanie, pewna monotonia w głosie wokalisty, w prowadzeniu partii instrumentalnych i ogólne wrażenie, że mają odbiorcę głęboko w dupie nie odpuszcza ani na monet, co zresztą dodaje produkcji przyjemnej pikanterii.

Po raz kolejny mamy do czynienia ze zjawiskiem ciekawego odczytania muzycznej spuścizny i choć trudno mówić tu o jakimś zaskoczeniu (jak chociażby w przypadku opisywanego niedawno debiutu Viet Cong), to świeżość i brak kompromisów czynią z „Transfixiation” jedną z lepszych płyt rozpoczynającego się roku. Wprawdzie dzisiaj nie ma co liczyć na demolkę i szaleństwo jakie towarzyszyło debiutowi The Jesus And Mary Chain, ale jeśli ktoś ma szansę na zrobienie małej, niemal punkowej rewolucji w XXI wieku, to A Place To Bury Strangers mają atuty w swoich łapach. Słuchając płyty wyobrażam sobie, co może się dziać na scenie. Mam nadzieję, że ich koncerty trwają kilka minut a muzycy potrafią skutecznie wkurwić publiczność.

Arek Lerch

Pięć i pół