71TONMAN – 71Tonman

Zaczynali jako heavy metalowcy w szkolnej świetlicy, teraz prezentują światu swoje dojrzalsze oblicze, brutalność łagodząc wokalistką, która też raczej nie pogłaszcze nas czule po głowach. Debiutancki album wrocławskiego projektu 71 Tonman to może nie zwiastun zmian na scenie sludge/doom, ale kolejny dowód na to, że przynajmniej wśród muzyków taka odmiana gitarowego łojenia przeżywa prawdziwy rozkwit.

Cieszy mnie, że załoga, przygotowując grafiki i koncept liryczny, wymyśliła coś mądrzejszego niż mrok, depresję, czaszki, poroża jeleni czy rozpieprzone samochody. Dziwaczne stwory, szaleni naukowcy i komiksowa walka dobra ze złem brzmią i wyglądają lepiej niż bajania o tym, jak jest źle (bo jest) czy pokręcone, filozoficzne elaboraty (których nikt nie rozumie, nawet sami twórcy…). Takie podejście zwiastuje dystans (nie mylić z rubasznością, której w sumie nie lubię) i dobrą zabawę. Jest zatem plusik.

Kiedy już wyciągniemy krążek z plastikowego pudełka, zostaje sama muzyka. A ta jest zwyczajnie dobra. Ani zła ani wybitna, jednak zważywszy, że mamy do czynienia z debiutem, dobrze rokująca na przyszłość, jeśli tylko zespołowi będzie się chciało rozwijać. Zasadniczym trzonem jest okrutnie ciężki, zapewne 71 tonowy doom, lekko nadziewany piaskiem sludge’owego mroku. Zespół porusza się w tych granicach ze swadą baletnicy (ileż ona ma ton, nie wiem…), długie utwory konstruując z dużym pomyślunkiem (nie nudzą, to ważne…), czasami nieco żwawiej („Face Fuckin’ Machine”), głównie jednak eksploatuje żółwiowe, okrutnie ciężkie tempa, obłożone grobowymi riffami. Choć trzeba przyznać, że niektóre z nich noszą znamiona nielichego talentu (że wspomnę tylko o riffach zdobiących chociażby „Bacon Bomb” czy z rozmachem zagrany „Cyborg Jesus”). Pewnym zaskoczeniem jest dzierżąca mikrofon wokalistka, która dziwi jedynie wyglądem, bo wokalnie niewiasty nie przypomina, drąc się rasowo i przepisowo niczym przepity, amerykański redneck. Zastanawiam się jedynie nad produkcją płyty, bo są momenty, kiedy wydaje mi się, że to wykoncypowany garaż jest, a chwilę później dochodzę jednak do wniosku, że po prostu debiutantom zabrakło mamony na doszlifowanie brzmienia. Co nie zmienia faktu, że płyty słucha się dobrze, z uśmiechem na twarzy i nadzieją na rozwój.

71 Tonman mieści się w samym środeczku sceny preferującej błotnistą apokalipsę, zastanawiam się tylko w jaką stronę skierują teraz swoje kroki? Skusi ich klasyka, czy sataniczne wyziewy a la Vagitarians? Wiadomo, młodość niejedno może mieć imię, dlatego daję czwóreczkę z małym minusikiem, ale skoro minusika brak w grafice, jest pełna nota. Na zachętę…

Arek Lerch

 Cztery