30 KILO SŁOŃCA – 30 kilo słońca (Plaża Zachodnia)

Przypadek 30 kilo słońca uzmysławia mi, że nic nie jest pewne. Nawet to, że znam już wszystkie zespoły w Polsce. Okazuje się, że dotychczas nie spotkałem tych panów, a błąd to okrutny, bo 30ks wpisują się śpiewająco we współczesny, mocno rozimprowizowany, krajowy niezal. Śpiewania tu jednak nie znajdziemy, ale jeśli lubicie mocne, pokręcone i brudne loty w nieznane, ta płyta zabierze Was na przejażdżkę bez trzymanki.

Chaos. To pierwsze słowo, które pojawia się w przypadku tego zespołu. Wszystko co słyszymy na płycie, zatopione jest w brzmieniowym brudzie, szalonych pochodach instrumentalnych, synkopowanej perkusji i zalewającej całość szorstkiej elektronice. Zespół to sekcja plus samplery (i inne zabawki…), ale okazuje się, że tu każdy na czymś gra – np. perkusista lubi porzucić gary i chwycić za trąbkę. Nieźle, prawda? Zastanawiam się jak można nazwać muzykę 30 kilo słońca? Wychodząc od transu i improwizacji, gdzieś w dalekim tle mając punkowe yassy, trio oddaje się nieskrępowanym poszukiwaniom, które powstają gdzieś na przecięciu awangardy, ujętej w repetytywne konstrukcje, nadające muzyce transowy charakter. Jednocześnie rozwiązania harmoniczne i sposób prowadzenia basu i perkusji od razu kojarzą się z jazzem. Na tym fundamencie budowane są dość zawile, kwaśne opowieści elektronicznych zabawek, które zyskują na tej płycie świadomość, ożywają i już nikt nie może powiedzieć, że elektronika jest bezduszna. Tajemnicą muzyków pozostaje, gdzie przebiega cienka granica między tworzeniem a „uruchamianiem” (programowaniem?) maszyny, dość, że na płycie żadnego zgrzytu w tym temacie nie słychać…0005871486_10

Zespół preferuje w całkiem zwartej formule sporo ciekawych rozwiązań, które z jednej strony dotykają medytacji w klimacie ostatnich dokonań Lotto („Wtórny ruch prądów”) przez trans bratający się z elementami noise, co szczególnie słychać w tych miejscach, gdzie pojawiają się wokale („Oko-nie śpij” czy fragmenty „Laboratorium”), jednak głównie mamy do czynienia z instrumentalną rzeką, płynącą na rozimprowizowanej sekcji. Czasami jest to muzyka wybitnie ilustracyjna, jak w świetnym, lekko nostalgicznym „Ylem”, zalewanym ambientowym lukrem, momentami wszystko przesuwa się wręcz w stronę awangardy czy muzyki rytualnej („Medium”). Najbliżej jazzowej formule zespół znajduje się w „Hipotez” i „Zmianie organizacji czasu”. Przyznam, że zderzenie „brudnej” elektroniki z szalejącą, synkopowaną sekcją wypada doskonale – warto wsłuchać się w harmoniczne niuanse, współpracę muzyków – rewelacyjne zgranie pozwala tchnąć ducha w pozornie zimne płaszczyzny i reanimować klimat stańkowego Freelectronic. Oczywiście, przesadą będą jakieś wydumane próby nadania muzyce 30ks szczególnej roli na krajowej scenie alternatywnej. Chodzi raczej o fakt, że to kolejny zespół, który – obok wspomnianego Lotto czy również opisywanej u nas Niechęci – stara się przerzucić pomost między muzyką niezależną, hałasem a sceną improwizowaną. W takim wymiarze w dużo bardziej radykalny sposób podejmuje trop, który parę dobrych lat temu próbowała wydeptać scena yassowa.

Czy to się uda? Boję się, że ostatecznie zespół i tak będzie musiał opowiedzieć się po którejś stronie. Chyba, że wymyśli coś na kształt uniwersalnego punktu wspólnego, na co będę z zainteresowaniem czekał…

Arek Lerch

Pięć