16 – The Lifespan Of A Moth (Relapse)

Powiedzieć o 16 (lub -(16)-, jak kto woli…), że to zasłużona kapela, to nie powiedzieć właściwie nic. Chłopaki, a właściwie już panowie, tłuką ten swój naznaczony hard core’m sludge grubo ponad dwadzieścia lat, z jedną krótką przerwą, przypadającą na lata 2004 – 2007. Przyznaję, to nigdy nie byli goście, którzy w jakiś spektakularny sposób zrewolucjonizowali muzykę metalową, nie zmienili sposobu patrzenia na scenę, nie odkryli niczego nowego. Byli i są jednak konsekwentni w tym, co robią. To właśnie na konsekwencji w głównej mierze opiera się tegoroczny album.

„The Lifespan Of A Moth” ma jednak jedną olbrzymią wadę. Nagrywając w 1993 roku „Curves That Kick”, chłopaki byli autentycznie wkurwieni. W porównaniu do debiutu, tegoroczny album jest bardzo grzeczny. Rozumiem, że oba te albumy dzielą aż 23 lata, a Cris Jerue od tamtej pory zdążył wyłysieć na głowie i posiwieć na brodzie, niemniej to głównie punkowa agresja i czysta złość stanowiły największą siłę „Curves That Kick”. Te cechy sprawiają, że do tej płyty chce się wracać nawet teraz i niestety, to ich najzwyczajniej w świecie na nowym wydawnictwie brakuje. Okej, album brzmi ciężko, nawet bardzo ciężko, zwłaszcza, kiedy zespół zwalnia do typowych, sludge’owych walców. Riffy brzmią jak należy, są soczyste i łamią kości ze skutecznością pałki teleskopowej. Mimo to, płycie ewidentnie brakuje dynamiki, brakuje złości. Niestety, ale słychać trochę, że za materiał odpowiadało głównie dwóch panów, którzy młodość mają już dawno za sobą. To wszystko sprawia, że mimo, iż „The Lifespan Of A Moth” to wydawnictwo ewidentnie cięższe, to jednak pozbawione jest agresji, złości i pasji, jaka początkowo cechowała -(16)-.16-band

Nie chcę przez to powiedzieć, że tegoroczny album Amerykanów to płyta zła. Jest po prostu zbyt poprawna. Tak jak wspominałem, bardzo dobrze chodzą gitary, jest odpowiednio ciężko, a gęste brzmienie dodatkowo potwierdza aspiracje -(16)- do najcięższej kategorii wagowej. Całość właściwie od początku od końca to tempa wolne lub bardzo wolne, jedynym wyjątkiem jest posiadający nieco thrashowego charakteru „The Absolute Center Of A Pitch Black Heart”. Oprócz tego, zespołowi co najwyżej zdarzają się przyspieszenia, a i wtedy panowie rozpędzają się maksymalnie do średnich temp (jak choćby w refrenie „The Morphinist” – swoją drogą, jest to utwór, którego główny riff może się podobać). W „Gallows Humor” -(16)- serwuje klimat nieco bardziej epicki, decydując się także na rezygnację z wokali. No właśnie – to kolejna kwestia, którą warto poruszyć. Słychać, że Cris Jerue już nie ma takich możliwości jak niegdyś. Co prawda i w czasach „Curves That Kick” nie nazwałbym go wybitnym wokalistą, teraz jednak zdecydowanie bardziej brakuje mu ekspresji i prawdziwej siły. Nawet nie próbuje pokusić się o krzyk, a wszystkie partie opiera na dość jednostajnym, żeby nie powiedzieć monotonnym growlingu.

„The Lifespan Of A Moth” to płyta z kategorii „to se ne vrati”, a z niegdyś młodych i gniewnych -(16)- już nie wyrosną starzy wkurwieni. Teoretycznie propozycja grupy jest właściwie niemal taka sama, praktycznie – jak to powiedział Tomasz Hajto po meczu Legii Warszawa z Borussią – zadecydowały detale. Nie wierzę też w to, że zespół będzie jeszcze w stanie nagrywać lepsze płyty ani w to, że nawiąże udanie do całkiem przecież chlubnej przeszłości. Czy zatem jest w ogóle sens, żeby słuchać nowego dokonania -(16)-? Jest, pewnie, ale tylko pod warunkiem, jeśli lubicie, jak depcze po Was słoń.

Michał Fryga

Trzy