16 – Deep Cuts From Dark Clouds (Relapse)

 W krainie wiecznego hałasu rzadko spotyka się długowieczne zwierzęta. Zazwyczaj żyją one krótko acz intensywnie, nie rozmnażają się także zbyt często, bo w środowisku jest zbyt mało sprzyjających temu okoliczności. Dzisiaj, kiedy możemy dokładnie przyjrzeć się temu ekosystemowi, widać subtelne zależności, ale też i genetyczne powiązania z wieloma współczesnymi gatunkami. Co ciekawe, zdarzają się także przypadki organizmów, które w niezmienionej formie egzystują do dziś.

 

Amerykanie z 16 doskonale opanowali sztukę przetrwania. Rozpoczynali w mitycznych latach 90 – tych i choć nie zmienili swojej muzyki, nie podążali za trendami, do dzisiaj produkują kolejne, zgrzytliwe albumy. Więcej – w dobie, kiedy noise rockowe powinowactwo znowu zaczyna być przez fanów hałasu zauważane, propozycja 16 okazuje się być bardzo na czasie. Zespół posiadł też trudną sztukę trzymania w ryzach niesfornych dźwięków, dzięki czemu dziewiąty album może być traktowany jako porcja zaskakująco świeżej muzyki.  Piszę o noise, jednak trzeba pamiętać, że kiedy startowała 16 –tka, swoje najlepsze dzieła tworzył Kyuss i nie sposób przecenić wpływu pustynnych nomadów na twórczość Crisa Jerue i kolegów.

Jakie są zatem największe zalety nowej płyty 16? Świetne, czytelne i dynamiczne brzmienie, w którym dość równo rozkładają się elementy sludge metalu (ciężar, blues’owy miejscami klimacik), rocka (znakomita motoryka numerów) i noise (wszystkie dysonanse, sposób eksponowania partii gitarowych). Z biegiem lat zespół uporządkował swoje hałasowanie, dopracował przejrzystość aranżacji i dzisiaj możemy cieszyć się nie tyle brutalnym atakiem jak w przypadku opisywanych gdzieś obok Love Sex Machine co klarownymi, choć nadal noszącymi ogromny ładunek agresji kompozycjami.

Teraz konkrety – wspomniany noise dominuje w „Her Little Accident”, „Ants in my Bloodstream” brzmi jak spotkanie Kylesy z Janitor Joe a „Beyond Fixable” to najweselszy numer na płycie. Znajdziemy tu też sporo kombinowania aranżacyjnego („Opium Hook”), potężne groovy („Broom Pusher”, „Only Photographs Remain”) no i oczywiście stoner’a w „The Sad Clown”, gdzie zwraca uwagę pogięty aranż. Wyczuwalnym od pierwszych dźwięków dobrem tej płyty są partie gitarowe – przemyślane, doskonale brzmiące i zdecydowanie „po staremu” zaaranżowane.

Na koniec należy sobie postawić pytanie – kto wygrał ten pojedynek – noise czy sludge – stoner? Nie odpowiem, bo sam nie wiem, wydaje mi się jednak, że Kalifornijczycy znaleźli receptę na idealne zmiksowanie tych gatunków, przez przeginania i niestrawnych eksperymentów, bo dzisiaj jest im zdecydowanie bliżej rockowego środka niż kiedykolwiek wcześniej. Akurat w ich przypadku wypucowanie i wzięcie w cugle muzyki wyszło na dobre.

Arek Lerch 4/6