THE DESERTFEST – Europa goni USA

Tegoroczna edycja angielskiego The DesertFest odbyła się ponownie na Camden w Londynie. Kto kiedykolwiek tu był, wie doskonale, że jest to miejsce przesiąknięte kulturą alternatywną, pełną tzw. „freaków”, czy rock’n’rollowych gadżetów sprzedawanych przy głównej ulicy. To miejsce ma swój klimat i lokalizacja tego festiwalu była strzałem w dziesiątkę. Trzy dni z rockiem, sludge, stonerem i doom metalem to była gratka dla koneserów, bo do Londynu zjechała się czołówka gatunków. Festiwal odbywał się w trzech lokalizacjach – Electric Ballroom, Underworld i The Black Heart. Niestety, z przyczyn organizacyjnych ominął mnie pierwszy dzień, w którym to swoje występy mieli Kadavar, Fatso Jetson, Yawning Man czy Steak. Ale to co najlepsze, przynajmniej dla mnie, miało nadejść dopiero w dwa następne dni.

The DesertFest,  London 26-28.04.2013

house of brokenn promises

house of broken promises

Sobota na DesertFest obfitowała w niespodzianki. Pierwszą kapelą, którą dane mi było zobaczyć i która od razu wyrwała mnie z butów był House of  Broken Promises. Stonerowcy z USA pokazali kawał dobrego rzemiosła. Było szalenie, było ciężko, ale przede wszystkim rock’n’rollowo. Ciekawostką jest, że zaraz po zakończeniu swojego setu muzycy przenieśli się do sklepu Vans przy głównej ulicy Camden i tam dali drugi koncert pod rząd przyciągając przy tym dużą ilość gapiów. Zaraz po występie Amerykanów skoczyłem szybko do Underworldu na koncert francuskiej Abrahmy. Paryżanie byli gratką dla fanów psychodelicznego rocka i na swój występ przyciągnęli sporą rzeszę fanów. Przedostatnim moim koncertem, na który zaplanowałem pójść tego dnia była Unida, w której skład wchodzą muzycy kultowego Kyuss. Byli oni faktycznie gwiazdą tego dnia, co było widać po frekwencji na ich koncercie. Electric Ballroom pękał w szwach! Ale nie ma się co dziwić, po 10 latach przerwy w działalności byli bardzo mocno wyczekiwani. Show było świetne, a John Garcia potrafił doskonale porwać tłum. Ludzie chętnie śpiewali refreny (i nie tylko) wraz z wokalistą, a co odważniejsi, dali się nosić przez tłum.

Tego wieczoru został mi jeszcze długo przeze mnie wyczekiwany Ufomammut. Po raz pierwszy widziałem Włochów w zeszłym roku na Hellfest i zrobili na mnie duże wrażenie, spotęgowane przez ich ostatni album „Oro”. Występ Ufomammut był taki jakiego oczekiwałem, czyli doskonały. Tych trzech gości potrafi stworzyć nieprawdopodobny klimat, przy okazji miażdżąc publiczność ciężarem swojej muzyki. Drugi ich koncert jaki widziałem na żywo i znów miazga.

belzebong

belzebong

Niedziela była przysłowiową wisienką na torcie. Ale po kolei. Koncertowy dzień zacząłem od występu naszych jedynych przedstawicieli na DesertFest, czyli Belzebong. Polacy zaczęli już promować swój nowy materiał zatytułowany „Dungeon Vultures”, wydany nakładem Instant Classic, i jak można było zaobserwować, zainteresowanie ich występem było duże. Nowy materiał zrobił robotę, bo stojąc w tłumie dało się wyczuć trzęsienie się podłogi od rytmicznego tupania w rytm muzyki. Zaraz po Belzebong udałem się na Truckfighters, których już niedawno widziałem u boku Kvelertak, ale miałem wielką ochotę na więcej. Ci Norwedzy to kolejny dowód tego jak mocna i przede wszystkim zróżnicowana jest scena skandynawska. Truckfighters zostawili kawał zdrowia na scenie, dając przy tym doskonały show, nie tylko wizualny. Kolejny, udany koncert, pomimo problemów technicznych na samym początku. Następny przystanek to trochę więcej spokoju, więcej technicznego i typowego dla Niemców, nieco wykalkulowanego grania, czyli Colour Haze. Przyznam szczerze, że zostałem do tego koncertu przekonany przez moich znajomych, którzy widzieli ich w zeszłym roku w Warszawie. I nie pożałowałem, bo trio z Monachium dało bardzo fajny występ, będący mimo wszystko pewną odskocznią od nawału ultra ciężkich, gitarowych brzmień kapel doom metalowych.

truckfighters

truckfighters

Do końca festiwalu pozostały mi już tylko trzy zespoły, a pierwszym z nich był amerykański Cough. Nigdy wcześniej nie miałem styczności z ich muzyką, ale to co zrobili panowie z Richmond było, jeśli mogę zacytować tu mojego kolegę, „czystym ZŁEM”! To był obrzydliwy rytuał ku czci diabla. Niewątpliwie, po występie Cough temperatura w Underworldzie podniosła się znacząco, ale wiadomo, Relapse Records nie podpisuje cyrografu z byle kim!

Po raz trzeci w ciągu ostatnich 10 miesięcy miałem okazję zobaczyć Pentagram, w którym frontmanem nieprzerwanie od ponad 40 lat jest Bobby Liebling, człowiek, który będąc prawdziwym rock’n’rollowcem, wciąż żyje, choć tak naprawdę już od dawna nie powinien. A co ważniejsze, jest w doskonałej formie. Pentagram ani razu w ciągu ostatnich miesięcy nie zawiódł mnie na żywo, nieważne czy był to kameralny koncert, czy wielki festiwal. Oby grali jak najdłużej! Zwieńczeniem dnia był występ Bongripper, który, krótko mówiąc, nie pozostawił kamienia na kamieniu w Underworldzie. Jeśli mówi się o kapelach, że grają ciężko, warto pozostawić granicę bezpieczeństwa, bo Bongripper sprawia wrażenie, że określenia takie jak „gruchoczący kości”, czy „miażdżący” nabierają nowego znaczenia. Widok bujającej się publiczności w rytm muzyki Bongripper zapadł mi bardzo głęboko w pamięć. Był to jeden z najlepszych występów na festiwalu!

colour haze

colour haze

DesertFest był zdecydowanie dobrym pomysłem na ostatni weekend kwietnia. Organizacja była bardzo fajna. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to do doboru miejsc koncertowych. Bardzo kameralne The Black Heart skutecznie zniechęciło mnie do oglądania kapel tam grających, a Underworld nie należy do moich ulubionych miejscówek koncertowych. Po DesertFest jest jasne, że Stany Zjednoczone o co najmniej jedną głowę wyprzedzają resztę świata w doom metalu i stonerze. Każdy występ kapeli z USA, który widziałem był czymś wyjątkowym, każda z nich prezentowała swoje podejście do wykonywanego gatunku i była na swój sposób wyjątkowa. Nie mówię, że Europa odstaje. Powiedziałbym raczej, że Europa już nie odstaje, ale szybko goni! Kto wie, czy za rok proporcje się nie odwrócą i to stary kontynent będzie dominować?

Tekst Paweł Parcheta