SOILWORK ‒ Przekraczając granicę

Już niedługo, 25 listopada zespół Soilwork w ramach trasy The European Infinity Tour zawita do Polski na jedyny koncert, który odbędzie się we wrocławskim klubie Alibii.  

W pierwszym okresie twórczości w dokonaniach Soilwork można było wyraźnie dosłuchać się wpływów takich znakomitych szwedzkich ekip jak In Flames, At The Gates czy Dark Tranquillity. Zresztą nie jest to żadne odkrycie, bo te trzy zespoły zainspirowały całą masę młodszych muzyków, nie tylko ze Skandynawii. Soilwork jednak, każdą kolejną płytą, jak choćby doskonałymi „A Predator’s Portrait” oraz „Natural Born Chaos”, szlifował swój własny, rozpoznawalny oraz niezwykle melodyjny i wpadający w ucho styl. Po kilkunastu latach na scenie, wytrwałością i zaangażowaniem, kapela osiągnęła poziom popularności równy albo nawet przewyższający wspomnianych wyżej prekursorów. Na początku 2013 roku ukazał się ich podwójny album The Living Infinite, a kolejnym trasom nie widać końca. Między jednym na drugim koncertem udało się mi złapać na chwilę wokalistę Björna „Speeda” Strida.

Björn, debiutowaliście w 1998 roku płytą „Steelbath Suicide”, a piętnaście lat później, w 2013 macie na koncie już dziewięć albumów. Jakie to uczucie? Czy zespół jest dla Ciebie wciąż równie ważny jak wtedy?

Najważniejsze jest to, że wciąż uwielbiam grać koncerty, jeździć na trasy, pisać i nagrywać nowe numery. To po prostu sprawia mi nieprzerwanie wielką radość. Przez te piętnaście lat stałem się znacznie bardziej dojrzałym człowiekiem, poszerzyłem mocno swoje horyzonty, a Soilwork przeszedł przemianę z garażowego projektu do w pełni profesjonalnego, doświadczonego zespołu z konkretnym dorobkiem. Celem każdego z nas było osiągnięcie tej strefy komfortu, aby móc żyć z grania i to się nam udało, co uważam za wielki sukces. To ma jednak swoją cenę. Biznes muzyczny rządzi się swoimi prawami, nie zawsze jest to przyjemne, sama muzyka jest często traktowana wręcz jako dodatek. Mimo wszystko jestem przekonany, że udało się nam zachować spójność i być uczciwymi wobec naszych fanów. Jestem z tego strasznie dumny. Druga ważna rzecz to fakt, że choć nie gramy od wczoraj, cały czas mamy bardzo dużo energii i pasji, co zwyczajnie słychać w naszej muzyce. A ponadto mam poczucie, że z płyty na płytę stajemy się coraz lepszymi kompozytorami.

Wasz ostatni album „The Living Infinite” to podwójny krążek, rzecz rzadka na scenie metalowej. Potrzeba jaj, żeby zdecydować się na taki ruch?

Trochę tak i trochę nie. Każdy z zespołu chciał to zrobić, ale nie ukrywam, wyczuwaliśmy w związku z tym pewną presję oczekiwania czegoś wyjątkowego. Jak decyzja zapadła to wszyscy bardzo mocno się tym podpaliliśmy i pracowaliśmy ze zdwojonym zacięciem. Napisać dwadzieścia numerów to jest jednak spore wyzwanie i próba przekroczenia pewnej granicy. Zależało nam na tym, aby płyta była zróżnicowana i ciekawa. Uważam, że osiągnęliśmy zamierzony cel.

 przekraczając granicę

przekraczając granicę

Macie na koncie mnóstwo entuzjastycznie przyjętych płyt, jesteście prawie non-stop w trasie, a fanów zdaje się, że raczej Wam przybywa niż ubywa. Co jeszcze przed Wami?

Mamy naprawdę niezwykle lojalną i oddaną rzeszę fanów, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Nie jest to wcale taka norma i wiele zespołów nie znajduję się w tak uprzywilejowanej pozycji, co Soilwork. Żeby się utrzymać i mieć na życie musimy bardzo dużo grać. Trzeba ciągle docierać do nowych słuchaczy, to niekończący się proces. Kapitalnych zespołów jest bardzo wiele i trzeba reprezentować prawdziwą wartość, aby być docenionym i szanowanym. Moim zdaniem mamy swoje oryginalne brzmienie, którym się wyróżniamy i na tym głównie polega nasz sukces.

Ile dajecie koncertów rocznie i jak radzisz sobie z wiecznym życiem na walizkach?

To się zmienia z roku na rok, ale najczęściej zamykamy się w okolicach stu pięćdziesięciu sztuk rocznie. Po tych wszystkich latach każdy z nas dostosował się już do takiego trybu życia, ale oczywiście są momenty ciężkie i wkurzające. Ja osobiście nie przepadam, jak miasta, w których gramy, dzielą duże odległości i musimy przemieszczać się samolotami. Ostatnio mieliśmy trasę po Chinach i Australii. Wciągu dwóch tygodni mieliśmy dwadzieścia dwa loty. Trudno było to znieść, bo godziny wylotów wciąż się zmieniały i było ciężko ze snem. Zdecydowanie Plakat Soilworkwolę autobus. To znacznie wygodniejszy sposób podróżowania.

Jak zabijacie czas w autobusie? Chlanie, palenie, playstation i Scorpions na głośnikach czy coś poza metalową rutyną?

W sumie to wszystkiego po trochu. Zabawa musi być, inaczej można oszaleć. Zawsze też staram się znaleźć czas na ćwiczenia, bo z wiekiem coraz trudniej jest pozostać w formie, aby każdej nocy dawać radę na scenie.

Z Waszego rodzinnego miasta Helsingborga pochodzi legenda szwedzkiej piłki nożnej Henrik Larsson. Czy Henka wpada czasem na Wasze koncerty?

Zdaje się, że Henrik nie jest największym fanem metalu i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział go pod sceną podczas naszego show. Nie mniej jednak ojciec naszego dawnego klawiszowca Carlosa Del Olmo jest zaprzyjaźniony z rodziną Larssonów!

Rok 2013 powoli zmierza ku końcowi. Jakie nie metalowe płyty uwiodły Cię w tym roku?

Niech pomyślę… Myślę, że najlepsze płyty jakich słuchałem w tym roku to debiut rockowców z The Temperance Movement, nowy album australijskiego duetu elektronicznego Empire of the Sun „Ice on the Dune” oraz płyta szwedzkiego wokalisty Oskara Linnrosa „Klappar och Slag”.

Rozmawiał: Adam Drzewucki

Zdjęcie: archiwum zespołu

 

 

The European Infinity Tour 2013

SOILWORK,

support: Keep Of Kalessin, Sybreed

25.11.2013 19:00 (wstęp od 18:00)

klub Alibi / Wrocław

bilety: 89/99 pln

do nabycia: Ticketpro.pl, Eventim.pl, Ebilet.pl, kolekcjonerskie: Pwevents.pl, Rocky Shop

(Wrocław), Alibi