ZEMIAL – Nykta (Hells Headbangers)

Nieograniczony niemalże dostęp do wszelkiego rodzaju dźwięków zaowocował tym, że coraz trudniej jest znaleźć rzeczy wyraziste, nie będące jedynie echem dawnej chwały kogoś innego. Mając do dyspozycji dziesiątki gotowych receptur na to jak grać, zadowalamy się często bezpiecznym powtarzaniem sprawdzonych patentów, niczym nastolatek wybierający sobie kostium punka, metala czy innego depesza i bezrefleksyjnie przyjmujący pewien zbiór poglądów i zachowań jako swój własny. Nie chodzi mi jednak w tym miejscu o oryginalność (bo ta jest tak naprawdę rzeczą drugoplanową), ale o to, aby swój język dobierać do tego, co mamy innym do powiedzenia, a nie na odwrót.

W przypadku Zemial cieszy już samo to, że od pierwszych dźwięków słychać w jakim kraju ta muzyka powstała. Nieczęste to zjawisko, bo przecież w Grecji łatwiej dziś znaleźć zespół, który brzmi jakby był z Nowego Jorku, Paryża, albo Oslo, niż nawiązujący do estetyki dawniej z tym krajem kojarzonej. Mówimy tu jednak o przedstawicielu starej gwardii, więc nie uznam go nawet za tę jedną jaskółkę nie czyniącą wiosny. Przyznaję, że choć bardzo sobie cenię starą grecką scenę, to Zemial traktowałem zawsze jako takiego młodszego, mniej utalentowanego brata trójcy Rotting Christ-Necromantia-Varathron. A jednak z pomocą „Nykta” wychodzi on w moich oczach z cienia starych mistrzów (z których jedynie Rotting Christ nagrywa dziś płyty godne uwagi) i przywraca greckiemu metalowi jego dawny blask. Ba, krzywdzące byłoby rozpatrywanie tego wyłącznie w kategoriach lokalnej sceny, bo mimo oczywistych nawiązań do twórczości wyżej wymienionych, Zemial przemawia do nas tym upragnionym, własnym językiem.

I nie chodzi o to, że na „Nykta” usłyszymy rzeczy, których nie słyszeliśmy nigdy wcześniej. Punktem wyjścia jest tutaj ciągle black metal, ale Zemial uprawia to poletko na takiej samej zasadzie jak robią to zespoły pokroju Absu czy Melechesh. Wrzucamy więc garść czarnego rumianku, dodajemy liść niemieckiej thrashowej pokrzywy i przyprawiamy to odrobiną rocka progresywnego, ale tak, żeby słuchacz ani przez chwilę nie poczuł, że ma do czynienia z jakimś zlepkiem niepasujących do siebie elementów. Bo z jednej strony jest „Nykta” płytą do szpiku kości metalową, a z drugiej czuć, że ten metalowy język w żadnym stopniu Zemial nie uwiera. Tak jakby „wszystko tutaj zostało już powiedziane” zamieniono dumnie na niegdysiejsze „wszystko jeszcze możemy tymi słowami powiedzieć”. I tak obok nawiązującego do „Thy Mighty Contract” początku „Pharos” mamy pinkfloyd’owski „The Small”, a obok klasycznie heavymetalowych zaśpiewów – thrashowe galopady przypominające „The Third Strorm of Cythraul” Absu („Under Scythian Command”) i kiczowate jak halloweenowy kostium klawisze („Deathspell”). I jeszcze znalazło się w tym wszystkim miejsce na odrobinę dystansu, w postaci sampli z filmu „Monty Python i Święty Graal” czy zaserwowanego na deser koweru słynnej kompozycji Johna Cage’a 4’33”.

Jest więc „Nykta” sporym krokiem do przodu w stosunku do (i tak już bardzo dobrej) „In Monumentum” i subiektywnie rzecz biorąc jednym z ciekawszych tegorocznych albumów metalowych. Nie jest on ani przesadnie ekstremalny, ani wybitnie odkrywczy, ale jednak na tyle fajny i nieoczywisty, że trudno będzie odpędzić go ze swoich myśli. Cieszy kunszt muzyków (czy raczej muzyka, bo za wszystko odpowiada tutaj jedna osoba) i doskonałe wyczucie w kwestii kompozycji, dzięki czemu nawet 14-minutowy „Pharos” nie nuży. Cieszy to, że mimo wyraźnych inspiracji Zemial nie brzmi jak wczesny Rotting Christ czy Absu, tylko po prostu jak Zemial. I wreszcie cieszy chyba najbardziej, że stoi za tymi dźwiękami jakiś element tajemnicy, jakaś odrobina ducha i magii, której próżno szukać u najlepszych nawet rzemieślników. A chyba tego tak naprawdę w muzyce szukamy.

Michał Spryszak