WINDHAND – Soma (Relapse)

Wydany w kwietniu tego roku split Cough/Windhand narobił mi niemałego apetytu na pełne płyty obu tych formacji. Dziś, w chwili gdy jestem świeżo po zatopieniu się w świecie „Soma”, stwierdzam, że przez długi czas nie będę miał ochoty słuchać nowych produkcji z doom’owej półki. Dlaczego? Windhand uwarzył materiał, który jest po prostu niesamowity. Jeśli miałbym dziś wskazać płytę roku w tej kategorii, bez chwili wahania wybrałbym „Soma” jako żelaznego pretendenta do tego tytułu.

„Soma” to dzieło wybitne. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek zdecydował się na użycie tego właśnie słowa w recenzji albumu, ukazującego się w czasach nam współczesnych, ale tym razem jest to uzasadnione. Windhand stworzył porcję muzyki, która stanie się dla mnie nowym wyznacznikiem tego jak powinien brzmieć oraz być skonstruowany idealny, doom’owy album. Słowa na wyrost? Nie sądzę, bowiem z każdym kolejnym odsłuchem tego albumu utwierdzam się w takim przekonaniu coraz mocniej.

„Soma” to album, który wykracza po za granice tego co rozumiemy jako klasyczny doom metal. Windhand w swych inspiracjach sięga o wiele dalej lecz jednocześnie cały czas punktem wyjścia jest tu korzenny, sabbathowski riff. Próbując analizować dźwiękową zawartość „Soma” trafiam na słowa, za pomocą których opisuWindhand Bandję przynajmniej część odczuwanych emocji. Po pierwsze będą to szerokie gatunkowo ramy, w których zespół ten się porusza: od klasycznego doom po organiczny hard rock rodem z lat 70-tych, od minimalistycznego black metalu po muzykę filmową (cały czas odnoszę wrażenie, że „Soma” to taki mroczny soundtrack do bliżej nieokreślonego obrazu). Wszystkie wspomniane stylistyki w twórczości Windhand łączą się w monolityczny twór, przesiąknięty mrokiem, ciężarem i psychodelią.

Po drugie, album ten powala wręcz ciężarem doskonałego brzmienia. Jest to jedna z tych płyt, które wymagają specjalnego podejścia. Jeśli chcecie usłyszeć pełnię tego ciężaru i głębi jakie generuje Windhand, nie ważcie się słuchać tej płyty na słuchawkach podłączonych do waszego super telefonu z nadgryzionym jabłkiem czy inną gruszką. „Soma” daje wiele, ale też wymaga specjalnego podejścia. Wskazane jest tu obcowanie z tą trwającą ponad godzinę płytą w spokoju i odsłuch na dobrej jakości sprzęcie wyposażonym w pełnowymiarowe kolumny. Ten ciężar, tą moc trzeba poczuć! Idealną opcją byłby odsłuch z płyty winylowej, ale póki co takie wydanie „Soma” wpisałem dopiero na listę swoich życzeń…

Trudno jest silić się na obiektywizm z pozycji kolan (a w takiej właśnie bolesnej formie tkwię słuchając „Soma”), ale postaram się streścić to co usłyszycie jeśli zdecydujecie się na kontakt z nowym dziełem Windhand. Głosem nawiedzonej czarownicy przywita was ciężki do bólu „Orchand” gdy tylko wybrzmią ostatnie takty powitania, w świeżo rozkopany grób wepchną was ciężkie i pełne emocji „Woodbine” i „Feral Bones”. Jako czwarty, brzmiącym jak akustyczny, akordem gitarowym porwie was w odmęty sheogaze, niesamowicie klimatyczny i urzekający czystym wokalem „Evergreen”. Każdy z utworów na tej płycie jest długi, ale kolejny czyli „Cassock” to ni mniej ni więcej tylko niespełna czternaście minut miażdżącej, sludge/domowej psychodelii. „Cassock” kończy niewyróżnioną przez twórców pierwszą część albumu i staje się też wstępem do doom’owego absolutu – trwającego ponad trzydzieści minut kolosa „Boleskine”.

„Soma” to muzyczna forma doprowadzona do perfekcji. Dziś, gdy przeżywamy nic innego jak renesans grania z pogranicza sludge/doom, Windhand uczynił rzecz niebywałą – nagrał bowiem płytę, która stawiana być powinna jako gatunkowy wzór.

Wiesław Czajkowski