VIET CONG – Viet Cong (Jagjaguwar/Sonic)

Daję sobie jeszcze jakiś czas na odpowiedź, czy mamy do czynienia ze szwindlem roku czy raczej z objawieniem. Viet Cong z Calgary stał się najgorętszym, alternatywnym bandem ostatnich dni i choć do końca nie wiadomo o co chodzi, każdy chce być jak najbliżej, bo w razie czego zawsze będzie można szybko parę słów skrobnąć, udając znawcę.

Najważniejsze, co udało się temu kwartetowi, to wprowadzić słuchacza w konsternację. W recenzjach „Viet Cong” przewijają się setki metafor, porównań i światłych konkluzji, z których wynika, że… w zasadzie nie wiadomo do końca o co muzykom chodzi i kogo chcą zrobić na szaro. Zespół ze zwinnością gazeli wymyka się szufladkowaniu, staje gdzieś pomiędzy, pozornie znajduje się w konkretnym miejscu, choć za chwilę okazuje się, że wcale tam nie pasuje. Jest, ale czym jest? Ok, można przyjąć, że to indie rockowy patchwork przyrządzony przez naćpanego wizjonera. Muzyka jest natchniona, nieokreślona i kapryśna, ale równie dobrze może być irytująco zwyczajna. Dźwięki są wysublimowane, ze znawstwem spreparowane, ale równocześnie wkurwiająco banalne. Podkreśla to produkcja płyty, drażniąco wykoślawiająca brzmienia instrumentów i podział materiału. BW_300_AE9R0300

W zasadzie chłopaki trzema pierwszymi kawałkami („Newspaper Spoons”, „Pointless Experience” czy „March of Progress”) chcą słuchacza odstraszyć. Przesterowana sekcja rytmiczna, szumiące tło, gdzieniegdzie wspomagane elektronicznymi zabawkami i pojedynczymi dźwiękami gitary. Brzmi to bardziej jak remiksy i tak chyba należy je traktować. Dopiero od „Bunker Buster” zespół zaczyna grać i wtedy ujawnia skłonności do manipulowania historią muzyki popularnej. Przypomina to wszystko wyrywanie skrzydełek muchy. Wiadomo, że zabawa jest sadystyczna, a jednak urwis z ciekawością naukowca chce zobaczyć – poleci, czy nie? Viet Cong biorą pop, ale pozbawiają go chwytliwości, indie kastrują z gładkich gitar. Basowe częstotliwości w stylu Joy Division („Silhouettes”) potrafią przerobić na kakofoniczny noise a pozornie mdłe melodyjki serwować razem z shoegaze’owym gruzem. Potrafią wreszcie zakatować słuchacza jedenastominutowym walcem „Death”, którego inspiracją były pewnie eksperymenty „White Lihgt/White Heat” The Velvet Underground. Czasami nie wiadomo, dlaczego aranżacje eksponują te a nie inne elementy, bo zespół kieruje się dość specyficznie pojmowaną logiką na zasadzie – jeśli coś tu nie pasuje, to wiadomo, że trzeba koniecznie wykorzystać. Takie odpychanie-przyciąganie i podniecenie obcowania z czymś groteskowo poskładanym w mało oczywistą całość.

Wyłania się z tego wszystkiego obraz introwertycznych arogantów, co nie lubią publiczności, niespecjalnie interesuje ich opinia krytyków a swoją muzyką chcą raczej wkurzyć niż dostarczyć tzw. doznań artystycznych. Ta arogancja jak nic kojarzy się z wczesnym The Jesus And Mary Chain i choć koncepcje zespołów opierają się w zasadzie na różnych fundamentach, efekt w postaci konsternacji odbiorcy staje się wspólnym mianownikiem ich twórczości. Wypisz wymaluj, indie rockowy Pablo Picasso. Można wyśmiać, nie można zignorować.

Arek Lerch