VI – De Praestigiis Angelorum (Agonia Records)

Jakaś część mnie śmieje się z całego tego black metalu i gardzi starzejącymi się facetami, którzy na poważnie czczą jakiegoś tam diabła i fantazjują na temat kosmicznego zła. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju dźwięki mogą podziałać na słuchacza tylko wtedy, kiedy ich twórcy traktują temat bardzo serio. Nie ma w tym stylu muzycznym miejsca na dystans i puszczanie oka do słuchacza. Black metal musi być opłacony potem i krwią. Musi w nim tkwić pierwiastek szaleństwa.

Słuchając „De Praestigiis Angelorum” czuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Cyrograf został podpisany i odwrotu nie będzie. Nie powinno to dziwić, jeśli w składzie zespołu znajdują się muzycy Antaeus, Aosoth i Merrimack. Muzyka, którą grają pod szyldem VI, też nie będzie w tym kontekście zaskakująca. Słychać w niej echa wszystkiego, co w ostatnich latach było w black metalu najciekawsze (z naciskiem na scenę francuską, z której panowie się wywodzą), a spore doświadczenie i zmysł kompozytorski już na starcie kwalifikują VI do czołówki gatunku. Przesadzam? To pokażcie mi inną tegoroczną płytę blackmetalową z tak dobrymi utworami. Na myśl przychodzi jedynie Mgła, ale Mgła interpretuje ten styl zupełnie inaczej. Przyznaję, że podchodząc do „De Praestigiis Angelorum” po raz pierwszy spodziewałem się czegoś bardziej radykalnego, a nie płyty tak bardzo przyjaznej dla słuchacza, żeby nie powiedzieć przebojowej. Ale, przy całej mojej sympatii do muzycznych skrajności, właśnie ta przystępność jest jej największym atutem.unnamed(1)

Sami się zastanówcie jak często zdarza się wam usłyszeć coś nowego, co z przyjemnością przesłuchacie kilka razy pod rząd. Czy nie dlatego tak chętnie wracamy do starych płyt naszych ulubionych zespołów? VI robi to, o czym wielu młodych adeptów tego stylu zapomina – gra muzykę. Nie wychwyci tego ktoś, dla kogo granicznym punktem zrozumienia metalu jest Metallica, czy nawet Slayer, bo nawet jeśli sporo na „De Praestigiis Angelorum” melodii, to jednak ukryte są one pod kanonadami blastów i szorstką manierą wokalną. Ale zaprawione w bojach ucho nie będzie miało z tym problemu.

Nietrudno też doszukać się w tej muzyce motywów „religijnych”, które w pewien sposób stały się już w black metalu standardem. Może to uleganie trendom, może też szukanie duchowości w niewłaściwym miejscu, ale w przypadku VI ta estetyka nie irytuje ani nie sprawia wrażenia zastosowanej na siłę. Pomijając już to, czy jest mi po drodze z taką wizją świata, mogę „De Praestigiis Angelorum” kupić jako całość i przyswajać z przyjemnością. Wystarczająco dużą, żeby na chwilę zamknąć mordę i nie marudzić, a to nie zdarza się często.

Michał Spryszak