VAGITARIANS – Wood

Od jakiegoś czasu ze zdumieniem zauważam, że w Polsce, dotychczas dość jałowej ziemi, jeśli chodzi o muzykę stoner/sludge metalową, pojawia się coraz więcej zespołów parających się takim graniem. Nie chodzi mi jednak o te duże nazwy w stylu Corruption, ale mocno podziemne grupy, które co i rusz wydają płyty zdolne bez kompleksów konkurować z najbardziej zapijaczonymi, zniszczonymi przez życie gwiazdami z Nowego Orleanu. W przypadku Vagitarians zaskoczeń jest więcej.

 

Eksperyment pierwszy. Posłuchajmy w skupieniu pieśni „Shallow Grave”. Nadchodzi Ameryka pijana whiskey, mocno blues’owy temat podkreśla pochodzenie grupy; wstęp powoli przechodzi w bujający motyw, mocno kojarzący się z dokonaniami Danzig. Wczesnymi dokonaniami. Wszystko narasta i przeistacza się w pancerny, kruszący ściany groove. Druga część utworu to już totalny zjazd w otchłań, mroczne kombinacje klimatu z zatykającym dech w piersi riffem. A teraz – popatrzcie na zespół. Uppss… Spodziewaliście się steranych życiem, brodatych i wydzierganych jankesów, przesiąkniętych destylowanymi płynami niczym tort aromatem? Nic z tego – mamy panów młodych, ogolonych i na wskroś krajowych.

Eksperyment drugi – wsłuchujemy się w otwierający płytę motyw „Spirit Is Free”. Pierwsze 50 sekund brzmi jak nieznana kompozycja, która nie weszła na „ObZen” Meshuggah. Ale już po owej minucie grupa raźno wskakuje na konia zwanego stoner metalem i bujając się w klasycznym rytmie znanym z płyt Kyuss unosi nas w stronę nieznanych, gitarowo – psychodelicznych rozkoszy. Ale zespół i w tym miejscu przygotował psikusa, bo gdzieś w połowie następuje przełamanie i nagle, niby oczywisty kawałek skręca w zupełnie innym kierunku, jakby kpiąc z naszych oczekiwań.

A teraz kolejne doświadczenie: odwróćcie okładkę płyty – tytuł albumu został tak sprytnie zapisany, że nagle z „Wood” robi się… „Doom”. I tu zespół przygotował dla słuchacza potwierdzenie tegoż psikusa, w kończącej płytę kompozycji „Stones on Blank Sky” – powinowactwo Sabbath wyziera z każdej sekundy. Ten kawałek to prawdziwa, gitarowa piramida strachu, 10 – minutowy mrok w wydaniu brudnym i maksymalnie zapiaszczonym. Jeśli te utwory z nowej, pierwszej pełnowymiarowej płyty Warszawiaków Was nie przekonały, mam w zanadrzu kolejny killer – niemal dwunastominutowy „Ruthless/Bezlitosne Mięso”, gdzie Vagitarians fundują prawdziwą huśtawkę nastrojów – od postrockowych dźwięków na otwarcie, przez psychodeliczny noise/sludge, aż po niemal free rockowe, długie zakończenie, gdzie zespół już otwarcie improwizuje, bawiąc się dźwiękiem, rytmem i klimatem. Za ten kawałek mają dwudziestoletnią whiskey i firmowe szkło gratis.

Pomijając te wszystkie, puszczane w stronę słuchacza „oczka”, Vagitarians z hukiem wkroczyli za sprawą „Wood” na salony. Dobijające brzmienie, monstrualne przestery, multum pomysłów, zawartych w zdawałoby się prostej muzyce, umiejętność wyciskania z gitary dźwięków z jednej strony tradycyjnych a z drugiej ocierających się o muzyczny szpital psychiatryczny czynią z zespołu dominującą siłę na stoner/sludge’owej scenie w Polsce. Zespół świadomie deformuje riff, zaglądając bez strachu w otchłań, jednocześnie są bardzo sprawnymi muzykami, dzięki czemu z dźwiękowego piekła wyciągają tematy bardzo motoryczne, zapadające w pamięć riffy, dzięki którym rozpatrywać muzykę z „Wood” możemy nie tylko w kategoriach wybryku i chęci sprawdzenia wytrzymałości słuchacza, ale także jako świetne, bardzo rasowe kompozycje.

„Wood” to płyta bardzo wyczerpująca emocjonalnie, wciągająca i mimo swojej pozornej posępności i długości flirtująca ze słuchaczem, który chcąc nie chcąc, będzie do niej wracał, jak do zakazanego owocu. Bynajmniej nie szcześniakowego…

Arek Lerch