TURNIP FARM – The Great Division (Antena Krzyku)

Ponoć istniała możliwość rozpadu zespołu po nagraniu pierwszej płyty “All The Tangled Girls”. Tak zapowiadali w każdym bądź razie muzycy. I okazali się małymi kłamczuchami, bo nie dość, że nie zawiesili współpracy to jeszcze nagrali lepszą niż na debiucie muzę. Turnip Farm powraca w pięknym stylu i jak zwykle melancholijnie mruga w naszą stronę. Czy to mrugnięcie lekko łobuzerskie, czy tylko tak mi się zdaje?

Indie rock na noise’owo – grunge’owych resorach, grany przez smutnych chłopców. Gdybym mieszkał bliżej Wołowa, niczego takiego bym nie napisał, bojąc się, że Marcin Lokś da mi w zęby, raz na zawsze zmywając z siebie etykietkę melancholika. Być może muzycy Turnip Farm są furiatami, udającymi  tylko smutek, żeby zdobyć nowe fanki a może faktycznie maniera J. Mascisa odcisnęła na nich niezmywalne piętno – nie wiem, wystarczy mi fakt, że od „The Great Division” nie jest mnie w stanie odciągnąć nawet obiad. A tajemnicą nie jest, że nade wszystko lubię żreć…

Jedynym zaskoczeniem w przypadku drugiej płyty Turnip Farm jest fakt, że zespół – mimo moich delikatnych nadziei  – nie poszedł w swoich poszukiwaniach w stronę eksperymentu. Jedynie w kwestii brzmienia i sposobu nagrywania pozwolił sobie na nieco więcej nonszalancji, rejestrując zapewne ścieżki w systemie analogowym – płyta doskonale hałasuje, pięknie eksponując jazgotliwe plany poszczególnych instrumentów. Zaskakujące zróżnicowanie brzmień cieszy, szczególnie  kiedy weźmiemy pod lupę np. „Relay” – surowizna tych przesterów, milutko „pierdzący” bas urzekają. Inna sprawa, że takie potraktowanie brzmienia kieruje muzykę zespołu w rejony prawie stoner’owe.  W większości przypadków mamy jednak firmową, rozleniwiającą melancholię, która koi zmysły i hipnotyzuje do tego stopnia skutecznie, że słuchając płyty w kilka dni schudłem ze dwa kilogramy, zapominając o jedzeniu. Z całej puli wyróżnia się oczywiście kilka fragmentów. Komercyjną siłę przebojowego „Debonair” z debiutu chce tutaj zdyskontować „Offender” – happypilsowa piosenka (z damą na wokalu…), stanowiąca w moim odczuciu coś w rodzaju interludium – enigmatyczność podkreślona jest nagłym urwaniem w momencie, kiedy mogłaby sobie jeszcze z minutę „polatać”. Trybut innym ukochanym czyli Rein Sanction składają muzycy w  „Tricks” – tej smutnej melodyki nie można z niczym innym pomylić…  Dwa kolejne typy to już kaliber ciężki. Najpierw „Transmission” – utwór, którym zespół świadomie drażni się ze słuchaczem. Początek to temat żywcem wyjęty z „Red Medicine” Fugazi , który po kilku taktach załamuje się basowo – perkusyjnym mostkiem, wpadającym w znane, „dinosaurowe” koleiny. Choć – to dla uspokojenia – fugazi’owych momentów, sygnowanych przez nieco bardziej cięte a mniej „rozjechane” gitary, trochę tu jeszcze znajdziemy. No i wreszcie „Fog” – zgrzytliwe wprowadzenie, które stopniowo przeradza się w transowy, odpływający w psychodelicznie rozwleczony, „mglisty” lot.

Turnip Farm, mimo większego zdecydowania, bijącego z rockowej formuły, trzymającej muzykę w ryzach, dalej bawi się w granie zwykłych piosenek. Trik polega na tym, że każda kolejna sesja z „The Great Division” pozwala na odkrywanie warstw hałaśliwego nadzienia, które niczym makijaż możemy zmywać i oglądać, co też tam zespół wymyślił. Wrażliwość Boba Moulda z okresu SUGAR krzyżuje się tu z asymilacją bardzo różnych wątków z – tego nie unikniemy – złotych lat 90 – tych. Jednocześnie zespół udanie kondensuje wszystkie wpływy w ramach prostych, choć bardzo sugestywnych aranżacji. W efekcie możemy zarówno katować się przesterami, jak i – co może zdziwić – zrelaksować. Co jest istotne, bo tworzenie za pomocą gitarowego hałasu muzyki odprężającej jest sztuką, nie każdemu daną.  Pozostają pytania – czy ta sentymentalna, tak przeze mnie podkreślana podróż do złotej dekady hałasu nie jest chęcią ucieczki od tego, co dzieje się tu i teraz? Czy nie istnieje obawa, że patrząc tylko wstecz muzycy w końcu rozbiją się swoim wehikułem o jakieś drzewo? Nic bardziej błędnego, bo subiektywnie ani razu nie poczułem fałszywej nuty śmierdzącej naftaliną. Za oknem zimno, wkurwiający deszcz połączony z brakiem światła. Zamykam okno, zaciągam zasłony i odpalam „The Great Division”. Do lata zostało jeszcze z siedem miesięcy…

 

Arek Lerch