THE HAUNTED – Unseen (Century Media)

Spotkałem się ostatnio z całkiem trafnym poglądem, iż każdy prawdziwy artysta powinien mieć możliwość zaprzeczenia na pewnym etapie wszystkiemu, co składało się na jego dotychczasowy dorobek. The Haunted na swej nowej płycie czyni z tego przywileju pełen użytek.

Wyraz twarzy, jaki pojawia się podczas pierwszego przesłuchania „Unseen” to wypadkowa ogłupienia i totalnej bezradności. Nie jest też łatwo opowiedzieć, czy to w formie ustnej czy – co niniejszym usiłuję zrobić – pisemnej, na pytanie, jaki jest to album. Dziwny? Drażniący? Mimo to fascynujący? Słowa i tak nie wyczerpują całej gamy nastrojów, jaką bracia Björler z kolegami fundują słuchaczowi w ciągu tych 42 i pół minuty. Ewolucja, jaką na przestrzeni minionych lat przeszła muzyka The Haunted obfitowała już w pewne zakręty stylistyczne, jak choćby stadium melodic deathmetalowe podczas wokalnej kadencji Marco Aro, czy progresywny odchył genialnego „The Dead Eye” z 2006 r. Jeśli pamiętacie te skoki, wiedzcie, że „Unseen” to po tysiąckroć wyższy poziom abstrakcji.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że siódmy longplay ekipy z Göteborga, oprócz personaliów członków, nazwy zespołu i charakterystycznego logo, niewiele ma wspólnego ze swymi poprzednikami. Kto podchodząc do niego nie wyzbędzie się uprzednio jakichkolwiek konkretnych oczekiwań, z miejsca stawia się na pozycji przegranej w tej konfrontacji. No, chyba, że jest masochistą. Pierwsze takty „Never Better” być może brzmią dość typowo z rozbrykaną pracą bębnów i thrashmetalowym akcentowaniem, ale kiedy ustępują w refrenie miejsca śpiewnej i cholernie przestrzennej aranżacji wokalnej Petera Dolvinga, jasnym jest, że były to jedynie dobre złego (?) początki. O ile ten dość osobliwy start był do przełknięcia, tak następujący tuż po nim „No Ghost” to jawne granie na nosie wszystkim przyzwyczajonym do jeszcze niedawnego brzmienia The Haunted. A że odbywa się przy pomocy urzekających, rozbujanych hardrockowych zagrywek po linii Down, tym jeszcze pikantniej się robi. Co dalej? Sporo tu ducha nagrań Tool; można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że on materiał z „Unseen” wypełnia po brzegi. Bo kapitalnie radiowego „Disappear” czy kompozycji tytułowej intuicyjnie każdy szukałby prędzej na dziełach rzędu „Undertow” i „Ænima”, niż u weteranów ekstremalnego metalu ze Szwecji. Tymczasem znany z dużej artystycznej swobody Dolving osiąga tu wokalne wyżyny dotychczas dostępne chyba jedynie samemu Maynardowi J. Keenanowi, a wiosła zdają się rzeźbić w skalach ukutych lata temu przez Adama Jonesa. Brzmi szokująco i niewiarygodnie? Tak z pewnością miało być.

A gdzie w tym wszystkim stare, dobre The Haunted? Problem w tym, że niewiele jest takich momentów. „Motionless” z charakterystyczną, „jeżdżącą” motoryką i melodiami przypominać może co najwyżej oblicze, jakie znamy z „The Dead Eye”. Można zresztą z pewną dozą ostrożności powiedzieć, że „Unseen” to poniekąd przedłużenie tamtego kierunku – nie dającego się w pełni podsumować jednym słowem, bardzo eklektycznego, choć w żadnej mierze nijakiego jak to, co grupa miała jeszcze niedawno do zaproponowania na „Versus”. Rozstrzał stylistyczny jest tu tym większy, że pośród kompozycji rasowych i mocnych znalazły się też dwa momenty spokojniejsze w postaci balladowej miniatury „Ocean Park” i wieńczącego całość, narastającego „Done”. Najprościej więc będzie podsumować „Unseen” jako po prostu rockową płytę metalowego zespołu. Jedni będą oczywiście tym zniesmaczeni, drudzy zawiedzeni, a jeszcze inni potraktują jako artystyczny kaprys czy wczesnostarcze fanaberie muzyków. „I don’t care who talks about us/I don’t care what people say” – śpiewa Dolving w „Them”, co wydaje się chyba wystarczającym komentarzem.  Zapewniam jednak, że kiedy krzykaczom opadnie na ustach piana, najdzie ich chęć sięgnięcia po ten krążek ponownie, a potem jeszcze raz i może kolejny. Wpierw trzeba go bowiem znienawidzić, by następnie móc stopniowo docenić.

Cyprian Łakomy