THE FLAMING LIPS – Oczy Mlody (PIAS)

Ten tekst, który najprawdopodobniej poprzedzi dysputę Pawła i Arka, jest napisany przez jednostkę pierwszy raz stykającą się z muzyką The Flaming Lips. Ponoć są oni weteranami kosmicznego rocka z psychodelicznymi suplementami. Niestety, połowa życia zmarnowana na katowanie łomotu uniemożliwiła mi wcześniejszą weryfikację tych sądów. “Oczy Mlody” to materiał bardzo udany i dostosowany raczej do słuchaczy ceniących spokój i przestrzeń. Właśnie: przestrzeń. Słowo-klucz, towarzyszące przy randce z najnowszym dziełem Amerykanów. Randka również trafnie oddaje zawartość skomponowaną na “Oczy Mlody”. Ta płyta wręcz idealnie nadaje się do subtelnego rozkoszowania w ciche, namiętne wieczory. Rozbrzmiewające leniwie, kojące melodie fruną w ramiona eteru przez cały czas trwania płyty i to może skusić absolutnie każdego, niezależnie od muzycznych preferencji, czy też przynależności do konkretnej subkultury. Na “Oczy Mlody”, drogi słuchaczu, znajdziesz dozę spokoju powściąganą wyczuciem w kreowaniu dźwięków rozmytych, aczkolwiek ściśle zaplanowanych i przemyślanych. Nie wiem wprawdzie, jakie założenie przyświecało twórcom tego krążka. Spreparowanie panaceum na błogi relaks i szczęście? Chęć skomponowania ścieżki dźwiękowej dla każdego indywiduum spragnionego wytchnienia? Ciężko stwierdzić… Wiem jedno, “Oczy Mlody” to oferta dla wszystkich. Może oprócz zasłuchanych w “prawilnych nutkach” dresów, ale nie każdy jest rzezimieszkiem w luźnych ubraniach. Niektórzy na przykład pracują w korporacji, a ich żywot los usłał stresem i niepewnością. Może to dla nich The Flaming Lips stworzyli “Oczy Mlody”? Znacznie więcej i ciekawiej powiedzą wam Arek Lerch wraz z Pawłem Drabarkiem (Łukasz Brzozowski).

Paweł: Opinie na temat „Oczy Mlody” są bardzo podzielone i zazwyczaj skrajne – albo, że nuda przeokrutna, albo że wielkie dzieło i gdyby Beatlesi nadal istnieli to by takie właśnie krążki nagrywali. Do którego twierdzenia Ci bliżej?

Arek: Opinie o TFL zawsze były skrajne i to chyba jest najfajniejsze. Najgorzej jak nie gadają i muzyka nie wzbudza emocji. Na pewno nowy album jest lepszy od interpretacji „Sierżanta Pieprza”. Tamta płyta nie mogła przejść mi przez głowę, powodując raczej ból i zawroty. Z dzisiejszego punktu widzenia nie wiem czy nowa płyta zostanie okrzyknięta wielkim dziełem. Bo to muzyka, któraSzef chyba wymyka się takim kategoriom. Jednego jestem pewien – będzie się o niej mówić. I to dużo…

Paweł: Ta płyta wymaga czasu, nie wpada w ucho tak szybko jak „The Soft Bulletin” czy „Yoshimi Battles…”, które zasiewają ziarno w głowie od pierwszych dźwięków. Ta płyta wydaje mi się nieco mniej oczywista, chociaż momentami nawiązuje do wspomnianych wcześniej krążków. A z innych rzeczy to słyszę tutaj Radiohead z „Kid A”. To porównanie fajnie pokazuje, jak zmieniła się muzyka na przestrzeni lat. Ciekaw jestem jak za kilka lat „Oczy Mlody” będą odbierane, czy przejdą próbę czasu.

Arek: O, to jeszcze trudniejsze pytanie. Wiem tylko, że wiele płyt matowieje, a takie krążki, które tą swoją „nieoczywistością” dzisiaj stwarzają problem, mają szansę na dużo dłuższy żywot. Bardziej istotne staje się pytanie, czy „Oczy Mlody” mogą być nazywane muzyką rozrywkową. Bo dużo bliżej „Oczy Mlody” do brzmieniowego eksperymentu, polegającego na zabawie instrumentami klawiszowymi pod wpływem meskaliny. I tu pojawia się pewna myśl – mianowicie, mam wrażenie, że dzisiaj The Flaming Lips stają się czymś w rodzaju wizjonerów muzyki elektronicznej i psychodelicznej. Takimi, hmmm, Flojdami XXI wieku (oczywiście, w odniesieniu do Flojdów z okresu „The Piper at the Gates of Dawn” chociażby…). I w tej kategorii niewątpliwie rządzą. Co do Radiohead, faktycznie, ten eksperymentalny wątek jest wspólny, ale przy „Oczy…”, wspomniany „Kid A” ma jednak w sobie więcej elementów typowo popularnych. Mimo wszystko…

Paweł: Fenomen polega chyba na tym, że eksperyment podany jest w przystępny sposób – no bo z jednej strony masz to, o czym mówisz, czyli zabawy z klawiszami, masz też dziwaczne teksty („How??” powstał ponoć jako wynik strumienia świadomości…), ale z drugiej ładne i nienachalne melodie i ciepłe, przyjemne brzmienie, dzięki któremu słucha się tego krążka naprawdę bezboleśnie.

Arek: Coś jak rozmontowane piosenki, złożone na nowo do kupy i zagrane od tyłu. Fakt, jest tu sporo takich przystępnych melodii, ale całość sprawia wrażenie całkowitej abstrakcji. Taka dadaistyczna psychodelia, będąca pomostem między eksperymentalną elektroniką lat 70 (zabawy taśmami itp.). a współczesnymi ambientami. Choć to i tak tylko przybliżony opis…

Paweł: Całkiem możliwe, że to najdziwniejsza i najbardziej zaskakująca płyta w ich dorobku. Ale, kurde, ma w sobie coś, co przyciąga i każe przesłuchać jeszcze raz, i jeszcze raz. Po kilkukrotnej lekturze strasznie mi wpadła w ucho. Te melodie, też nietypowe, są naprawdę urzekające. Pod tymi wszystkimi wariacjami kryją się hity. Trzeba się tylko do nich dokopać. Ale Ty chyba mojego entuzjazmu nie podzielasz? Tzn. bardziej niż ładne piosenki pochłonęła Cię ta kwaśna, zeschizowana atmosfera?

Arek: Tak, na razie chłonę ten schiz. To nie tak, że mi się nie podoba, na pewno jest bardziej optymistyczna, czy nawet lekka niż „The Terror”, który był takim kwasem z efektem bad tripu. Tu jest więcej jasności i to jest fajne, choć na pewno jest to uzależnione od podejścia do płyty, głośności słuchania itp. Natomiast na razie znajduję się na etapie przebijania przez kwaśną otoczkę i to też jest samo w sobie ciekawym przeżyciem. Jeśli na coś zwróciłem uwagę w pierwszym podejściu, to na fakt, że zespół klimat dawnej psychodelii, posmaku lat 70. potrafi przełożyć na współczesne brzmienie. I nie ma dzięki temu tego czasami drażniącego, retro – melanżu. Zatem, nie jest źle. Pytanie, do kogo ta płyta tak po prawdzie przemówi?

Paweł: Myślę, że do wszystkich, którzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości, aby przedrzeć się przez kwasy. Albo do tych, którzy, jak Ty, zanurzą się w samym przedzieraniu. To chyba będzie ich najbardziej polaryzująca płyta, taka z gatunku „love or hate”. Dlatego nie sądzę, aby stała się klasykiem na miarę dwóch krążków nagranych na przełomie wieków.

Arek: Dzisiaj mamy takie czasy, że trudno powiedzieć, co klasykiem stać się może, a co wręcz przeciwnie. Ogólnie, trudno dzisiaj ferować takimi hasłami, w kontekście ogromnej ilości muzyki, tudzież jej dostępności. A może nawet w kontekście płodności artystów? A skoro o klasyce mówimy, to ja raczej porównałbym ten album do ostatniego Radiohead, że tak nawiążę do Twojej wcześniejszej wypowiedzi. Bo „A Moon Shaped Pool” to też taka płyta do przedzierania się, do słuchania w odpowiednim nastroju, z pretensjami do bycia klasykiem, który wywoła – już wywołał! – szereg kontrowersji. Wracając do TFL – Twoje ulubione fragmenty i dlaczego?

Paweł: „How??” za świetną melodię w refrenie i oniryczny klimat, druga część „Nigdy Nie” za krauty, „One Night While Hunting for Faeries and Witches and Wizards to Kill” za plemienny rytm i „Listening to the Frogs with Demon Eyes” za minimalizm. Tak naprawdę trudno mi wyróżnić poszczególne kompozycje, potrzebuję chyba jeszcze kilku dni z tą płytą. Na pewno wiele nowych rzeczy cały czas mam do odkrycia. A jakie są Twoje ulubione fragmenty?

Arek: „One Night While Hunting for Faeries and Witches and Wizards to Kill”. Klimat, indie z fajną blazą. „The Castle” – piosenka. „There Should Be…” za posmak Pink Floyd i rozmach, również „Nigdy nie” bo te krauty właśnie są interesujące. Ogólnie, każde przesłuchanie dostarcza kolejnych odkryć, nowych brzmień; myślę, że jak się da tej płycie odpowiednią ilość czasu, to eksploduje w głowie. A co z tymi nawiązaniami do języka polskiego? Trochę to dziwaczne – oczywiście, znam kontekst, ale mimo wszystko…ScreenHunter_2773 Jan. 16 08.43

Paweł: Dziwaczne i abstrakcyjne. Wiadomo, że nasz język ma swoje bardzo specyficzne brzmienie, które można by porównać do dźwięku zamiatania suchych liści, i dla obcokrajowców jest czymś zupełnie odjechanym. Fajnie się to wpasowuje w cały koncept tej płyty. W sumie aż dziw, że nikt wcześniej na to nie wpadł (a przynajmniej mi żaden taki przykład nie przychodzi do głowy). Jakby się jeszcze pokusili o zaśpiewanie w naszym języku, to dopiero byłby lot. Totalna abstrakcja.

Arek: I trasę w Polsce. Myślisz, że mieliby publikę? Jak to oceniasz?

Paweł: Na festiwalu typu Opener czy OFF na pewno, na solowym koncercie… trudno tak naprawdę ocenić. Myślę, że byliby w stanie zapełnić Torwar, albo przynajmniej sprawić, że nie świeciłby on pustkami.

Arek: Trudna sprawa. Bo w zasadzie – i to jest ciekawe pytanie – co gra The Flaming Lips? Jak to nazwać?

Paweł: Neo-psychodela? Rock eksperymentalny (chociaż to bardzo szerokie pojęcie)? Post-psychodela?

Arek: Neo kraut… Post beatlesowska awangarda z dadaizmem w tle… Ależ to śmiesznie brzmi…

Paweł: Ale czy są jakieś zespoły, które byśmy mogli wrzucić do jednej szufladki z The Flaming Lips?

Arek: Problem w tym, że The Flaming Lips tak po prawdzie zespół łączący i te nowoczesne pierwiastki i te psychodeliczne, ale starsze. Więc mogą być w jednej niszy z Garteful Dead (przynajmniej częściowo…) a jednocześnie z np. The Notwist… Zatem, chyba nie da się umiejscowić ich w jednym miejscu… Może to po prostu jeden z oryginalniejszych zespołów tego wieku?

Paweł: Zdecydowanie. A nowa płyta to kolejny na to dowód. Są jedyni w swoim rodzaju.

Arek: Czas pokaże, czy mieliśmy rację…

Zastanawiali się Paweł Drabarek i Arek Lerch