THAW – Earth Ground (Witching Hour)

W ubiegłorocznym wywiadzie zespół Thaw ustami wokalisty zapowiadał, że kolejne materiały będą konsekwentną ewolucją bez stylistycznych wywrotek. Mimo to ułożyła mi się w głowie wizja drugiej płyty Thaw jako czegoś wysoce eksperymentalnego, tymczasem „Earth Ground” faktycznie okazuje się bardzo „gatunkową” płytą blackmetalową, która potwierdza tożsamość zespołu i udowadnia, że dotychczasowy arsenał spokojnie wystarcza im do nagrywania coraz lepszej muzyki.

Debiutancki album największej dumy Sosnowca proponował solidną mieszankę nowoczesnych brzmień łączących black metal z elementami sludge’owo-dronowo-noise’owymi, a wydany niedawno split z Echoes of Yul sugerował pociągnięcie na kolejnej płycie tych bardziej niekonwencjonalnych wątków. Po kilkunastu przesłuchaniach „Earth Ground” zaryzykuję tezę, że Thaw dookreślają się tą płytą jako zespół blackmetalowy, który elementy gatunków ościennych wykorzystuje ze smakiem, ale i z umiarem. Zamiast na nieczytelną awangardę, którą łatwiej opisać w recenzji niż wysłuchać z przyjemnością, Thaw stawiają na komponowanie dobrych numerów, które mimo braku piosenkowych struktur od razu wchodzą w mózg. Już po drugim odsłuchu miałem „Earth Ground” rozpisane w głowie, wychwyciłem te najlepsze patenty, odnotowałem fajne przecinanie blackmetalowego tremolo świetnymi sludge’owymi riffami i mocne, dużo pewniejsze niż na debiucie wokale. Podobnie jak jego poprzednik, tak i ten album wpisuje się estetycznie w tę samą kategorię co np. Tombs czy Deathspell Omega. Brzmi jednak znacznie lepiej niż „Savage Gold” (ze wskazaniem na mocną, tętniącą sekcję), a od „Drought” jest po prostu ciekawszy kompozycyjnie. I nie ma w tym żadnej kontrowersji, po prostu „Earth Ground” jest na tyle dobre formalnie i naładowane emocjami, że bez problemu wytrzymuje porównanie z nowymi dokonaniami kapel z pierwszej ligi.

Przyjęło się, że „płyta dojrzalsza od poprzedniej” to dyplomatyczne określenie płyty gorszej, wypranej z energii i kapciowatej. Przeważnie to się sprawdza, ale „Earth Ground” faktycznie jest tworem bardziej wypieczonym i lepiej doprawionym niż „Thaw”, bez uszczerbku na dzikości, którą ta muzyka stoi. Panów W Kapturach witamy w pierwszej lidze.

Bartosz Cieślak