STILLBORN – Los Asesinoss del Sur (Ataman Productions/Pagan Records)

Nie mam pojęcia, co takiego szczególnego przyniósł ze sobą rok 2011 ani jakie fluktuacje piekielnych mocy mają teraz miejsce w naszym kraju, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że nasza scena dawno nie była tak płodna, jak w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Jak do tej pory ukazało się już tyle świetnych płyt, że świat powinien nam po prostu zazdrościć. Rewelacyjne albumy wydały formacje Azarath, Decapitated, Iperyt, Deception, Nomad… Na drugą połowę roku premierę nowej płyty planuje Vader a 1-szego września ukaże się recenzowane właśnie nowe muzyczne dziecko hordy Stillborn.

Słucham tej płyty już od ponad tygodnia i jestem cholernie zaskoczony. Od zawsze kibicowałem poczynaniom tej załogi, ale nie spodziewałem się po nich aż tak dobrej płyty, co tam dobrej, miażdżącej!! Zespół dość mocno okopał się w pewnej niszy i tak naprawdę niespecjalnie próbował wychylać się poza ramy obskurnego death/black metalu. „Los Asesinoss del Sur” to nadal ten sam zespół, lecz z o wiele bogatszą muzyką. Nie chciałbym być tutaj źle zrozumiany; Stillborn nie zaczął nagle grać technicznego, jazzującego death metalu. Morderczy kwartet nadal pozostaje wierny bluźnierczej i chamskiej metalowej formie, mimo to na płycie pojawia się wiele ciekawych pomysłów świetnie wzbogacających materiał. Doskonałym przykładem jest utwór tytułowy, rozpoczynający się para industrialnym, mrocznym wstępem i wolnym, majestatycznym pochodem ciężkich gitar; po chwili jednak kompozycja przeradza się w potężny, niszczący walec z doskonałą solówką. Pewnym novum jest również utwór „Kot Wolanda” z polskim tekstem, choć powiem szczerze, że jest to moim, subiektywnym zdaniem chyba najsłabsza kompozycje na płycie. Jednak nawet nieco słabszy numer i tak swoim poziomem zabija większość tego, co słuchałem w ostatnim czasie. Stillborn tradycyjnie serwuje nam album krótki, pół godziny infernalnej zagłady pozostawia pewien niedosyt, ale przy tak intensywnej i brutalnej muzyce jest to chyba idealny czas trwania albumu.

„Los Asesinoss del Sur” to dowód, że w metalu nie powiedziano jeszcze wszystkiego i nie wszystkie karty zostały odkryte. Stillborn pokazał, że można pozostać wiernym klasyce i kreować własny, niepowtarzalny styl. To jest największą siłą płyty – szczerość i zaangażowanie, którymi kipią dźwięki zawarte na srebrnym krążku. Jest to też jedna z lepiej brzmiących produkcji jakich miałem okazję ostatnio słuchać. Studio Kwart z Bochni okazało się miejscem, w którym pogodzić można wszystko co w metalu najlepsze, czyli podziemny brud z potężnym, czytelnym soundem gitar i bębnów. Wspomniałem już o świetnej  solówce w  utworze tytułowym, jednak takich doskonałych  partii  jest tu o wiele więcej. Przyjemność odkrycia i smakowania solos zostawiam słuchaczom…

Całości dzieła dopełniają obłąkane wokale, bardzo zróżnicowane i cholernie brutalne, chamskie wręcz. Recenzując nowy album Stillborn nie można pominąć jednej kwestii, mianowicie oprawy graficznej płyty. To, co znajdziecie w booklecie krążka po prostu zniszczy Wasz świat… Ataman Tolovy stworzył absolutnie chory layout, idealnie pasujący do dźwiękowego oblicza nowego dzieła Stillborn. Dla samej tylko przyjemności obcowania z tak wynaturzoną formą sztuki warto jest mieć ten album w kolekcji.

„Los Asesinoss del Sur” to płyta na poziomie światowym i jakoś nie widzę w tej chwili specjalnej konkurencji dla Stillborn. Na zakończenie tej recenzji posłużę się określeniem, którego raczej nie używam, ale tym razem nie widzę innej możliwości… MISTRZOSTWO!!!!!

Wiesław Czajkowski