STAGNANT WATERS – s/t (Adversum Records)

Denerwującą przypadłością współczesnej cywilizacji jest chorobliwa chęć zdefiniowania/zdiagnozowania każdej, ludzkiej bolączki. Ostatnio nawet odkładanie pewnych czynności „na jutro” stało się prokrastynacją, zamiast zwykłym lenistwem. Moja przypadłość to coraz bardziej chroniczna niechęć pisania o płytach, które „zostały nagrane”. Po cholerę powtarzać te same frazesy na temat hałasu, który już po tysiąckroć został przetrawiony i wysrany? Problem się pogłębia i jedynie pojedyncze wydarzenia są w stanie mocniej mnie poruszyć. Tak jak debiut francusko – norweskiej załogi Stagnant Waters.

Skład, zdjęcia i okładka mówią wszystko. Kolejny bękart, wałęsający się po obrzeżach hałasu, jazzu i awangardy, mający black metalowe korzenie. Ostatni raz takie emocje czułem podczas konsumpcji  „Blackjazz” Shining.  Z tym że Shining startował jako zespół grający akustyczny jazz a Stagnant Waters są u podstaw zdecydowanie bardziej „czarni”; mając zresztą w składzie Zweizz’a, znanego chociażby z DHG, czegóż można oczekiwać? Taki punkt wyjścia nie gwarantuje bynajmniej, że maniak black metalu będzie przy tej płycie machał wszarzem. Nie da się.

Nie wiem ile na tej płycie jest żywego grania a ile studyjnego majstrowania, fakt, że zespół mało ortodoksyjnie podchodzi do kwestii zarówno aranżacji jak i kompozycji. Jeśli założyć, że to nie kuglarze komputerów i będą chcieli odtworzyć na żywo muzykę z płyty – wielki rispekt. Trudno powiedzieć, jak wyglądało przygotowywanie utworów, bo większość brzmi jak tradycyjne, black metalowe i rzeźnickie napieranie, poszatkowane i wymieszane z wyczynami „jadącego” na kwasie Ruperta Parkesa. Pierwszy szok przeżyć można już w „ССАЕР ЦНАПЯЛ ПНОИ ТАТ”, w którym black metalowa kanonada przerwana zostaje drum’n’bassowym wtrąceniem. Zresztą, ten gatunek muzyczny upodobał sobie Aymeric Thomas, który bardzo często łamie podziały rytmiczne właśnie w tym stylu. Nawiązań do techno i kwaśnej elektroniki jest tu pełno – co więcej, często syntetyczne dźwięki przejmują prowadzenie, zastępując gitarowy gruz, w najintensywniejszych momentach rytmika ociera się o gabba hardcore, wszystko jest zaś spreparowane w nieludzki, mocno industrialny sposób. Słychać, że muzycy dobrze znają kanony gatunkowe, jednak prawidła rządzące muzyką metalową traktują dość swoiście, skupiając się raczej na brzmieniu i próbach przełamania granicy, co prowadzi do tworzenia nowych hybryd w rodzaju noise – black metalu („Castles” czy „Bandaged In Suicide Notes”). Kiedyś do podobnych efektów zbliżyli się Australijczycy z The Amenta na płycie „N0N”, jednak oferta Stagnant Waters jest ze wszech miar bardziej przegięta, zła i chaotyczna. Skoro o chaosie mowa, także w tym temacie zespół ma spore osiągnięcia – „Concrete” to elektro – awangarda z pijanym saksofonem i gwałconymi na wszelkie sposoby samplerami (samplami?).

Dużo było mowy na temat nieprzewidywalności, chaosu i nienormalnych dźwięków. Zespół zaprzecza wizerunkowi niepoukładanych dziwaków w najlepszym na płycie, wyniosłym, choć pozostającym w porozumieniu z resztą utworów „Axolotl”. Ta dziesięciominutowa „avant – suita” to pewnie kulminacja poszukiwań SW. Zespół upakował tu wszystkie wątki, które już przez muzykę się przewinęły – ociekające elektroniką, przesterowane brzmienie, naszpikowane drum’n’bass’owymi łamańcami rytmy i awangardowe dysonanse. Dla odmiany, w kontrapunkcie, w czwartej minucie kompozycji stoi klasycznie jazzrockowa, oparta na delikatnym brzmieniu ksylofonu wstawka. Wielki szacunek i nie mniejsze zdziwienie…

Debiut Stagnant Waters spokojnie stanąć może na półce między płytami wspomnianego Shining i nie mniej dziwnego Spektr. Niedookreślona grafika, mało normalne zdjęcia i talent, pozwalający bez problemu przekraczać granice – to cechy wspólne dla tych projektów. Jasne, ten szlak, chociażby przez wspomnianych wykonawców, został w pewnym sensie już przetarty, jednak oferta jest na razie tak skromna, że tego typu zespoły ciągle – na szczęście – stają się dla wytrwałych poszukiwaczy małymi sensacjami. Stagnant Waters wykorzystują w swojej twórczości sławną maksymę, kiedyś propagowaną przez SBB czy część niemieckich industrialistów – „szukaj, burz i buduj”. W tworzeniu nowego, pokiereszowanego świata  stają się więc czymś w rodzaju Einstürzende Neubauten black metalu, zaczynem nowego fermentu, niżej podpisanemu dając nadzieję na możliwe nadejście niemożliwej rewolucji. W końcu naiwność jest prawie romantyczną cechą…

 

Arek Lerch