SPEKTR – The Art to Disappear (Agonia)

Francuski Spektr to bez wątpienia jeden z fenomenów black metalu, którego działalność na oblicze tejże sceny miała i ciągle ma bardzo wyraźny wpływ. Gdy duet ten zaczynał – banalnie mówiąc – muzykowanie, black metal szukał dla siebie nowej twarzy, tożsamości, którą da się określić innymi niż dotychczas słowy. Oczywiście, swoista rewolucja w myśleniu o tym co może być nazywane black metalem nie jest wynikiem działań tylko i wyłącznie Spektr, ale twór ten ciągle poszerza nasze horyzonty i sprawia, że najczarniejsza ze sztuk zyskuje coraz więcej barw.

Prawdę mówiąc, mój pierwszy kontakt z „The Art To Disappear” zakończył się bez spodziewanego zachwytu. Duże oczekiwania jakie miałem w stosunku do tej płyty niejako wymusiły na moim odbiorze dźwięków, które sprokurował Spektr oczekiwanie oczywistej kontynuacji takich płyt jak Cypher czy „Near Death Experience”. Ta droga okazała się od początku skazana na niepowodzenie. Nowy krążek Spektr to muzyka bardziej otwarta, mniej klaustrofobiczna a dzięki temu ekstremalna i mocna jak nigdy dotąd.
Ok., może przesadzam. Spektr od początku był jedną z niewielu formacji, o których z czystym sumieniem powiedzieć można – ekstremalna. Jeśli chodzi o ten aspekt, nowe dzieło Francuzów jest jak najbardziej kontynuacją ich poprzednich dokonań. Tyle, że muzyka zmienia się niemal na naszych oczach w twór bardzo organiczny i żywy. Słuchając poprzednich płyt Spektr dochodzę do wniosku, że główną klamrą spajającą te materiały był mrok, duszne uczucie niemal przytłaczającego strachu. Materiały doskonale nadawały się na soundtrack mocnego, nowoczesnego horroru, ot, choćby coś z ciągle niedocenianej, przez szerokie grono odbiorców, półki francuskiego kina grozy. Tymczasem nowe dzieło duetu rozgrywa się na zupełnie innych płaszczyznach. To nie jest już duszna piwnica pełna odrażających strachów z dna umysłu. Dziś porównałbym Spektr do syntetycznej, nadal strasznej, choć może już nie tak lepkiej formy. Była piwnica z opętaną zmorą – jest sztuczna inteligencja o zdecydowanie złych zamiarach. Nadal strasznie, nadal wręcz soundtrack’owo, ale inaczej niż do tej pory. Grafa

„The Art To Disappear” rozwija się niespiesznie. Początek płyty to klasyczny przykład budowania nastroju przez intro podany w syntetycznej, zimnej formie. Sepktr o budowaniu atmosfery mógłby wygłaszać natchnione odczyty, więc i tym razem wraz z „Again”, „Through the Darkness…” i „Kill Again” zespół ukazuje nam nowy horyzont, zbliżoną acz nową jakość. Dzisiejszy Sepktr to twór lodowato industrialny, mroczny, bezduszny… Kompozycje ciągle posiadają wiele z cech muzyki filmowej a przynajmniej ja je tak odbieram. Bardzo oszczędnie dawkowane słowa, zepchnięty na bardzo daleki plan „wokal” i totalnie odhumanizowany charakter brzmienia sprawiają, że płyta wprawia mnie w dziwnego rodzaju niepokój. Cały czas mam też wrażenie, że wraz z rozwojem zespół opowiada mi jakąś pokręconą historię, której kluczem do zrozumienia jest całkowite poddanie się muzyce. Industrialnej, elektronicznej formie, która nie stroni od dzikich wybuchów gitarowej furii, hipnotyzuje upiornymi, transowymi rytmami z pogranicza stricte elektronicznego hałasu a mimo wszystko nadal – black metalu.
Czwarta płyta Spektr to czas gdy zespół zaprasza nas w podróż jeszcze bardziej szaloną niż dotychczas. Zmieniając nieco formułę, francuski duet kieruje moim zdaniem mariaż industrialu z black metalem na zupełnie nowe tory. Muzyka na „The Art To Disappear” żyje, zniewala i pulsuje a jednocześnie jest dosadnie wręcz martwa, bardziej chyba nie można. To granie po stokroć bardziej ekstremalne niż cały zastęp metalowych generałów w swych małych pokrytych rdzą czołgach, które nie są w stanie zafascynować już nawet dziecka.

Wiesław Czajkowski