SÓLSTAFIR – Svartir Sandar (Season of Mist)

Strasznie trudno wymyślić dzisiaj dźwięki choć w jakimś małym procencie oryginalne. W zasadzie wszystko sprowadza się do żonglowania kliszami a namiastkę czegoś pozornie nowego prezentują ci wykonawcy, którzy zestawią owe strzępki wymyślonych wcześniej pomysłów w jakiś niecodzienny układ. Tym większy szacunek należy się każdemu, kto nawet za cenę komercyjnego samobójstwa próbuje wyjść poza schemat. Sólstafir, który dotychczasowymi płytami lawirował gdzieś między folkiem, black metalem a awangardowym rockiem, najnowszym dziełem znalazł się blisko ideału i jak nikt inny zasługuje na wielki szacunek.

Wspomniane we wstępie, komercyjne samobójstwo zaczyna się już na etapie objętości krążka. A w zasadzie krążków, bo zespół przygotował dwie płyty, skrywające 12 utworów, zamykających się w ponad 70 minutach. To zdecydowanie odstaje od dzisiejszych standardów, nie wychylających się poza – powiedzmy – 35 minut. Kto dzisiaj ma czas, by kontemplować takiego kolosa?! Druga sprawa to jakość utworów. Trudno np. w 10 minutach zmieścić klasycznie rozumianą piosenkę. Zresztą, jeśli już Sólstafir przedstawia temat, który jest zwyczajnie przebojowy, robi to tak jak w „Fjara”, opakowując piękne harmonie w psychodeliczne, oniryczne, zdecydowanie nie – radiowe dźwięki.

Trudno jednoznacznie sklasyfikować pomysły, jakie znalazły się na płycie, bo trzeba by omówić każdy kawałek w osobnej recenzji. W zasadzie nazywanie tej muzyki black metalem czy folkiem mija się z celem. Islandczycy odeszli od źródeł tak daleko, że dzisiaj tylko długie włosy łączą ich z metalowym troglodytami. Zamiast rzeczonego metalu mamy tu mnóstwo niemal progresywnych klimatów, gdzieniegdzie kłaniających się np. późnym dokonaniom Enslaved („Ljost i Stormi”). Pełno na płycie mocno post rockowych, transowych klimatów („Sjuki Skugginn”) i poszukiwań właściwych Mastodon. Gdzieś pojawiają się nawet porównania do stoner rocka. Tu może chodzić o specyficzny brud, unoszący się nad muzyką. Solstafir nie zajmuje się na „Svartir Sandar” szlifowaniem brzmienia, skupia się raczej na kompozycji. Nagrywając muzykę w naturalny, może nieco niedopracowany sposób, wydobywa jej fizyczność, niemal koncertowy charakter. Czasami flirtuje z psychodelią Pink Floyd („Stormfari”), wspaniale budując napięcie w „Melrakkablus” a nawet przykuwa uwagę tematami żywcem wyjętymi z „Dead Man” Neil’a Younga w kawałku tytułowym. W kilku miejscach złapałem wręcz powinowactwo tych kompozycji z późnym dorobkiem Michaela Giry (SWANS, Angels of Light), bo w podobny sposób wyciskają z prostych dźwięków magię i niemal mistyczną aurę. Co nie zmienia faktu, że zespół potrafi też zaatakować ostrym, choć mało metalowym riffem. Obok form rozbudowanych pojawia się też – może w charakterze interludiów – kilka miniatur (najlepsza to „Draumfari” – instrumentalna forma z piękną partią gitarową), które dzielą zasadnicze części płyty na pewne opowieści.

Trudno w kilku słowach oddać ogrom inspiracji i barw, jakie pojawiają się na „Svartir…”. To raczej długa, inspirująca podróż i odkrywanie wśród tych chropawych, pozornie nieprzystępnych czy wręcz zimnych brzmień emocji, głębi i smaków, ujawniających się po wielokrotnym spożyciu. Piszę te słowa po niemal miesiącu spędzonym z płytą. Zaczęło się niefortunnie, od odrzucenia i braku zrozumienia. Pomny doświadczenia oświecę Was – nie słuchajcie płyty w autobusie – kolokwialnie rzecz ujmując – „po łebkach”. To nie ma najmniejszego sensu. Sólstafir stworzył dzieło wymagające i niejednoznaczne. To intrygująca podróż, która wciąga tajemniczym klimatem. Napięcie potęgowane jest przez kolejne odkrycia, jakich dokonujemy słuchając tej długiej płyty.

Może jak zwykle wpadam w niepotrzebną euforię, ale subiektywnie rzecz ujmując Sólstafir stworzył dzieło życia, jednocześnie wzbogacając historię muzyki o płytę, której z równym napięciem słuchać będą nasze wnuki, tak jak my dzisiaj wałkujemy po raz nie wiem który „czwórkę” Led Zeppelin. Ok., przesadziłem…

Arek Lerch