SOFY MAJOR – Waste (Solar Flare)

Są zespoły, na które czekamy jak na starych, dobrych kumpli co przyniosą piwo, przybiją piątkę i pomogą się zrelaksować. Może za dużo czasami gadają, są hałaśliwi, ale przecież bardzo ich lubimy i pozwalamy na ciut więcej. A jak długo ich nie ma, zaczynamy się martwić. I tak się właśnie jakiś czas temu zastanawiałem, co tam u ciekawego, francuskiego projektu Sofy Major, o których płycie Idolize dobrze pisaliśmy na naszych łamach a nawet ucięliśmy sobie małą pogawędkę. Odpowiedź przyszła wraz z wizytą nowego krążka „Waste”.

Zachowując retorykę wstępu – hałaśliwy kolega pojawił się znienacka, rozwalił drzwi, piwo wypił, zalewając przy okazji dywan, głośno beknął i wystraszył koty. Słowem – zrobił bardachę i to na moje własne życzenie.

„Waste” to unikalny w skali Europy kawał klasycznego, miażdżącego noise rocka, zagranego z niesamowitym znawstwem gatunku. Na początku nie sposób nie zwrócić uwagi na brzmienie tej płyty. Nie wiem, na ile mikrofonów nagrywali i w jakim miejscu, ale efekt jest jeszcze bardziej piorunujący niż na „Idolize”. Tak powinna brzmieć prawdziwie surowa i szorstka, rockowa płyta. Sekcja miażdży, brzmienie basu jest perfekcyjnie ustawione, walące środkiem, prujące w bebechach niezłe dziury. Bębniarz z kolei gra tak, jakby chciał rozwalić swój zestaw a na tym tle skrzeczy przeraźliwie gitara, meandrująca gdzieś między rozjechanym hardcorem a patentami nieodżałowanego Billa Hobsona. W zasadzie – pomijając kawałki – można słuchać tej płyty dla samej produkcji, która – jeśli ktoś jest miłośnikiem takiej surówki – sprawia niesamowitą frajdę.Band

Same kompozycje zawarte na „Waste” prezentują się lepiej niż dobrze, głównie za sprawą prostoty (wyciągnęli wnioski po „Idolize”…) i zastrzyku rockowej wibracji, odpowiadającej za to, że oblicze „Waste” jest przystępne, nawet dla słuchacza nieobytego z tzw. noise’m czy math rockiem, choć tego ostatniego jest tu niewiele.  Druga sprawa, która przesądza o powodzeniu płyty to zróżnicowanie, niwelujące nawet najdrobniejszy element nudy. Znajdziemy tu zatem ruchliwego, rockowego dzieciaka „Turning Point”, jest miażdżący sludge w „Slow Everywhere” i „Black and Table”, czy świetnie zaaranżowany „Wee See Fire”. Oczywiście, nie mogło zabraknąć małego ukłonu w stronę nestorów gatunku – The Jesus Lizard. Utwór „Iron Butt” rozbija czoło przez ekipą Yow’a, ale na tyle dyskretnie, by nie nazywać go chamskim podglądaczem. Zespół wpakował na płytę także parę całkiem jak na taki gatunek przebojowych tematów; w tej grupie rządzi „terapeutyczna” piosenka „As Happy As”, tuż z nią ustawia się „Infinite Pill Case” z świetną, iskrzącą, iście noise’ową końcówką. Pamiętajmy cały czas, że to ciągle tylko jedna płyta. Sofy Major z wdziękiem baletnicy lawirują między dźwiękami tak, by nie przekroczyć żadnej granicy – dzięki temu w zasadzie nikt nie może się poczuć rozczarowany. Jest okrutna luta, opiłki żelaza lecą na wszystkie strony, a jednocześnie utwory nie zlewają się w huczącą i męczącą na dłuższą metę bryłę.

Być może wynika to z unikatowego talentu francuskich grajków do cyrkowego balansowania na granicy gatunków, co udowadniają na każdym polu – począwszy od black metalu, przez ekstremalny hardcore, na bohaterach tej recenzji kończąc. „Waste” ma szansę zjednać noise’owym szaleńcom nowych fanów z każdej strony barykady, choć trzeba też przyznać, że zespół dociera do granicy; bardziej przystępnego, choć utrzymanego w ramach gatunku materiału na dzień dzisiejszy sobie nie wyobrażam. Na razie bawię się przy „Waste” i z zainteresowaniem czekam na więcej.

Arek Lerch