SO SLOW – Dharavi (Instant Classic)

Każdy fan muzyki potrafi wskazać te zjawiska, które zdefiniowały jeśli nie gust, to przynajmniej zachęciły do dalszych poszukiwań. Moją sentymentalną Krainą Chichów jest polska alternatywa lat 90. – czasów, kiedy obok rwącego głównego nurtu co i rusz kwitły zjawiska własnym głosem odpowiadające na wpływy z zachodu. Debiutancki album So Slow jest dla mnie wycieczką w tamte czasy – nie tylko w sensie estetycznym, nawiązując do konkretnych wzorców, ale przede wszystkim na poziomie duchowym, przemawiając do słowiańsko-mieszczuchowej duszy tu i teraz.

Kolektyw So Slow, którego członkowie terminowali w wielu innych zespołach, zrodził się z pasji do „waszyngtońskiego” post-hardcore’a, noise rocka i emo-core’a z czasów, kiedy to pojęcie nie było jeszcze skompromitowane przez popkulturę. Ten komunikat powinien służyć do wyznaczenia pewnych ram stylistycznych, ale tematu nie wyczerpuje. Oczywiście wyraźnie słychać, że członkowie So Slow zajeździli milion taśm licencyjnych z wydawnictwami Dischord, Touch & Go i Amphetamine Reptile, i to jest ich mekka. Przestrzenne granie przechodzące z piosenkowej chwytliwości w transowe oberki przywołuje na myśl twórczość Lungfish czy Hoover. W mocniejszych momentach („Manahatta”) zespół sięga współczynnika napiedalawczości z rejonów Drive Like Jehu, w tych bardziej rozimprowizowanych słychać odlot Last Exit (również dzięki ścieżkom dęciaków, gościnnie położonych przez Rafała z Merkabah). Brzmienie to już czysta poezja – idealna selektywność nie sprawia wrażenia sterylności, bębny brzmią jak bębny, a gitary – jakby dźwięk rozchodził się po ścianach opery.

Tyle jeśli chodzi o GPS-owe współrzędne na mapie skojarzeń. Dla mnie dużo istotniejsze jest duchowe pokrewieństwo „Dharavi” z płytami, które w latach 90. produkowały polskie zespoły, mniej lub bardziej natchnione dźwiękami podsłuchanymi na zachodzie, ale bez kompleksów rozwijające własną wizję. So Slow ma nie tylko silną zgrzewkę na brzmienia, które dziś już są niemalże „retro” – ma też cholernie zdolnych muzyków, świetne kompozycje, dobrego wokalistę i ciekawą koncepcję tekstową (odsyłam do wywiadu celem zapoznania). Na „Dharavi” słyszę te same wibracje i duszną, „miejską” atmosferę, które lata temu odegrał Dezerter na „Blasfemii”, a potem Ewa Braun na „Esion” – płycie stylistycznie mocno pokrewnej debiutowi So Slow… I czuję się, jakbym cofnął się w czasie, przeglądał wątłą kolekcję kaset i czekał na kolejną audycję Rafała Księżyka w „Rozgłośni Harcerskiej”, ale na szczęście nie tylko lichym sentymentem „Dharavi” stoi. Konwencja konwencją, ale ważniejsze jest to, że doświadczanie propozycji artystycznej zespołu So Slow jest przygodą i radością kontaktu z doskonałą muzyką. Słuchaczu, zakochaj się.

Bartosz Cieślak