SEAGULLS INSANE AND SWANS DECEASED MINING OUT THE VOID – S/T (Witching Hour)

Są w naszym kraju pewne środowiska, skupiające muzyków mających niesamowity dar kreowania   nowych, dźwiękowych przestrzeni. Niestety, zazwyczaj są oni znani wąskim grupom odbiorców i rzadko kiedy udaje im się zaistnieć w szerszej, komercyjnej świadomości. Choć niektórzy całkiem skutecznie przebijają betonowe głowy tzw. opinii publicznej. Do onych „niektórych” na pewno należy duet skrywający się pod baaardzo długą nazwą. Co zatem powstało z kolaboracji Havoca, gitarzysty i mózgu Blindead z Nihilem znanym z MasseMord, Morowe i Furii? Powiem krótko – kolejne w tym roku dzieło doskonałe…


Zanim przejdę do muzyki, chciałbym odpowiedzieć po raz kolejny na pytanie, które już   zadawałem na tych i innych łamach – co jest przekleństwem współczesnej sztuki dźwiękowej? Odpowiedzi, której zazwyczaj udzielałem sobie sam, szukać należy w otaczającym zgiełku. A brzmi ona – przesyt. Wśród setek płyt trudno znaleźć coś intrygującego. Dalece  posunięta  profesjonalizacja muzyków, dostęp do najnowocześniejszego sprzętu owocują tworzeniem gładkiej muzyki, bezpłciowym powieleniem pomysłów i kręceniem się wokół własnego ogona. Efekt? Płyty ugłaskane, przeciętne i nudne.

Debiutanckie dzieło SIASDMOTV budzi niepokój od pierwszych, gitarowych szumów, a po kilku minutach wiem, że trudno będzie się od płyty oderwać. Pozornie tępe, prymitywne, rytualne hałasy, generowane rzężącymi  gitarowymi sprzęgami i monotonnym tłuczeniem bębnów („I” czy „II”) odrzucają, a jednak mam ochotę sprawdzić, co będzie dalej. I brnę w ten muzyczny, koszmarny świat, będący – to już takie moje zboczenie – miksturą upichconą z blindead’owej posępności i nihilowych zboczeń. Gdyby skrzyżować ostatnie dzieło MasseMord z np. „Affliction”, w wielu miejscach, na przecięciu dźwięków powstałyby takie skrzywienia rzeczywistości. Zespół (może lepiej projekt…) stawia na pozorną monotonię, hipnotyczne przegryzanie się przez kolejne, chropowate takty. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby taka muzyka zamykała się w dwuminutowych dawkach. To nie przejdzie…  Wszechobecne, drażniące sprzęgi, pozostawianie kawałków aż do całkowitego wybrzmienia denerwują, sprawiają, że nasze stereotypowe wyobrażenia o muzyce padają na ryj. I dochodzimy wreszcie do kulminacji płyty, czyli potężnych, sunących niczym posępne wizje buldożerów zatytułowanych skromnie „III” i „IV”. Długo zastanawiałem się nad sformułowaniem takiej opinii, jednak za każdym razem te utwory kojarzą mi się z  dawno zapomnianym, genialnym zespołem Falarek Band. Podobny jest oczywiście jeno zamysł techniczny – osadzenie psychodelicznej, hipnotyzującej przestrzeni na sprężynujących resorach prostej, ale w jakiś dziwny sposób genialnie i miarowo bijącej sekcji. Do tego samplowany, kosmiczny świat (III) nasączający gitarowe riffy mocno „kwaśnym” nadzieniem i mogę te numery wałkować w nieskończoność.  Zespołowi udało się osiągnąć efekt  najbardziej pożądany i coraz rzadziej spotykany – chwyta za twarz i nie puszcza. Jasne, nie jestem dzieckiem – tego typu pomysły nie są czymś nowym, jednak rzadko której grupie udaje się zakazić je tak dużą dawką pesymizmu, złości i zaprzaństwa. Jeśli ktoś szuka mocnych wrażeń, może zająć się konsumpcją zamykającej płytkę kompozycji o skromnym tytule „V” i imponującej długości 17 minut. Żeby daleko nie szukać, upiorny, post industrialny klimat tej kompozycji nieodparcie kojarzy się z poszukiwaniami, jakie Mories de Jong uskutecznia w Gnaw Their Tongues.

Nie wiem, czy moje dość jednoznacznie wyrażone w powyższych słowach uczucia nie ulegną za jakiś czas stępieniu, jednak dzisiaj wałkuję krążek na zmianę z „Per Flagellum…” GTT, zapadając się w beznadziejny mrok. Jeśli szukacie mocnych, dźwiękowych wrażeń wykraczających poza klasycznie pojmowaną muzykę, Nihil i Havoc zabiorą Was w podróż z której się nie wraca.

Arek Lerch