SCOTT WALKER + SUNN O))) – Soused (4AD/Sonic)

Scott Walker wielkim wieszczem jest i choć z przepowiadaniem przyszłości nie ma nic wspólnego, to o chaos i piekło liryczne z jego ust płynące sprawa się toczy i wszelkie konsekwencje w życiu doczesnym z nim związane. Gdy dodam, że jego mowie towarzyszą dźwięki ponurych postaci z Sunn O))) można poczuć przeprowadzkę do podziemi – w jedną stronę oczywiście.

Po spektakularnym, kontrowersyjnym – dla jednych monumentalnym dla drugich komicznym tryptyku ostatnich wydawnictw pana Scotta przychodzi nareszcie czas na równie pompatyczny wieniec. Nareszcie, nie ze względu na spodziewany koniec twórczej kariery tegoż pana – o nie! Tyle trudu i mozołu włożonego przez przebrniecie przez ostatni „Bish Bosh”, czy poprzedni „The Drift”, nie jest w stanie zrekompensować choćby próba zrozumienia, o co temu człowiekowi chodzi. Tutaj potrzeba czegoś więcej. Nadeszła chwila, by skumulować to, co najbardziej wydaje się zrozumiałe, a zarazem niejednoznacznie intrygujące Scott miał do zaoferowania. „Soused” nie do końca taki jest, ale jest równie istotny, równie pasuje do całości i zgrywa się z poprzednimi materiałami. A dlaczego piszę tylko o Walkerze? Bo to jego album jest, on tu gra pierwsze skrzypce i to w jego przypadku album odgrywa ważną rolę. Słoneczny duet, choć wiele różnorodnych kolaboracji w dorobku posiada, to jednak „Soused” nie jest tą najbardziej reprezentatywną. Kolaboracja, jak nazwa wskazuje, powinna dziać się przy wspólnym udziale przynajmniej dwojga, tutaj jednak role są jasno wyznaczone, niemal odrębne. Dlaczego tak uważam, gdy drone’y wypełniają każdy skrawek przestrzeni najnowszego albumu? Mając na uwadze poprzednie materiały solisty i jego tegoroczny krążek, nie zauważam większych zmian w muzycznym tle, drone’y i inne eksperymenty pojawiały się tu przez lata, w dodatku brzmiąc znacznie bardziej przejmująco i drażniąco. Teraz wygląda to nader poprawnie, jest za mało luzu i za mało nieprzewidywalnego szaleństwa, wszystko ułożone i zapięte na ostatni guzik. Ale taki to już urok albumu, co oczywiście nie jest złe, a może nawet lepsze, bo 20 minutowe kompozycje ze wcześniejszych nagrań Scotta to istna, masochistyczna próba przetrwania.ss2

Soused to długa wędrówka przez bogatą w różnorodne muzyczne pejzaże krainę, zawieszoną gdzieś pomiędzy jawą a snem, bardzo dziwnym, lecz nie koszmarnym. Momenty napawania się melodyjnymi urywkami są jak łyk wody kojący zmęczenie, wkrótce potem stawiamy czoła zapętlonym dronom gitar i enigmatycznym efektom specjalnym niewiadomej maści (rozpoczynające „Brando” najlepiej to obrazuje). Następne scenerie wyglądają zasadniczo podobnie, jednak każda na swój sposób hipnotyzuje rozciągniętym niepokojem, zarówno pod postacią minimalistycznej psychodelii („Herod 2014”) jak i w formie niemal plasującego się na miano hitu, z ekspresywnym i niezwykle charakterystycznym motywem muzycznym przypominającym refren, utworu– „Bull”. Na pierwszy rzut ucha przetrwanie w powodzi monumentalnych kompozycji może wydawać się dość trudnym przedsięwzięciem – poniekąd tak jest, jednak dzieje się to nadzwyczaj sprawnie i bezboleśnie. Matematyczna precyzja panów z Sunn przynosi pozytywne rezultaty w tej kwestii.

Myślę, że mimo mych nadziei na kontynuację aktu tworzenia, „Soused” to prawdopodobnie ostatni przystanek Scotta Walkera. Gdyby tak miało być, z lekkim uśmiechem na twarzy mógłbym pogratulować temu wielkiemu artyście tak niezwykłego finału. O chłopaków z Sunn nie martwię się, a może inaczej… Obawiam się raczej, co do ich nieprzewidywalnych umysłów przyjdzie następnym razem?

Adam Piętak